Przeszczep wątroby uratował Karolowi życie

Bogusław Mazur 21.02.2012

Dziennikarka Anna opowiedziała nam, jak towarzyszyła swojemu życiowemu partnerowi w jego walce z nowotworem wątroby

Przeszczep wątroby uratował Karolowi życie archiwum prywatne
Przeszczp uratował Karolowi życie

Chorobę Karola odkryliśmy po zakończeniu pogrzebów ofiar katastrofy smoleńskiej. Wróciłam z redakcji do domu, usiadłam przy stole kompletnie przygnębiona, z zerowym poczuciem bezpieczeństwa i nagle przypomniało mi się, że kiedyś Karol mówił o swoich nietypowych wynikach badań wątroby. Ja to przeoczyłam, bo zmieniłam redakcję i wpadłam w wir nowej pracy. Przy kolacji zapytałam, o jakich badaniach mi mówił. Bagatelizował, że są z listopada, że nie ma się czym przejmować, że mam ważniejsze sprawy na głowie. Jednak poprosiłam, aby mi je pokazał.

Opis USG brzmiał: mała wątroba, mało widoczna, wskazana tomografia. Natychmiast zadzwoniłam do mojej koleżanki Marzeny, która jest lekarzem. Powiedziała, że wyniki mogą świadczyć o marskości wątroby i że najlepiej zbadać wszystko w szpitalu. Trafił tam 13 maja 2010 roku, w dzień swoich 51 urodzin. Już po dwóch dniach Marzena powiedziała, że wstępne wyniki są rzeczywiście złe.

Walka o transplantację wątroby

Karola przez tydzień badano za pomocą USG, tomografu i rezonansu magnetycznego.

Diagnoza: guz nowotworowy wątroby. Marzena powiedziała to Karolowi w cztery oczy. Zadzwoniła też do mnie. Byłam wtedy na szkoleniu BHP, traf chciał, o udzielaniu pierwszej pomocy… Poszłam do mojego gabinetu i zsunęłam się na podłogę. Gdy ochłonęłam, pojechałam do Karola. Była już z nim jego córka Karolina. Płakali. Wzięliśmy się za ręce i wtedy po raz pierwszy użyłam mojego zaklęcia - że nie po to znowu zaczęliśmy wspólne życie (bo z Karolem wróciliśmy do siebie po 25 latach), żeby tak to się miało skończyć. Potem często to powtarzałam.

Lekarze orzekli, że Karola może uratować przeszczep wątroby. Wezwano nas na konsylium, które kwalifikuje do przeszczepu. Przed lekarzami usiedliśmy razem, ja metr za Karolem. Kierująca konsylium pani profesor zaczęła czytać wyniki badań i mówiła, że te są dobre, tamte też… Nagle, wertując papiery, zakrzyknęła: „O, pan ma przerzut na kości! To my już nie możemy panu pomóc!”. Po czym zamknęła teczkę z wynikami. Do dziś pamiętam ten odgłos.

Nowotwór wątroby był naszą wspólną chorobą

Kompletnie oszołomieni wróciliśmy na oddział, gdzie Marzena – nasz anioł - zleciła zrobienie rezonansu magnetycznego kości. Najwcześniej badanie mogło być przeprowadzone następnego dnia. Karol był bardzo spokojny. Ja przy nim też... W nocy na parę godzin wróciłam do domu. Wpadłam w czarną otchłań. Przesiedziałam tak na podłodze koło łóżka i próbowałam oddychać... To był jedyny moment rozpaczy podczas choroby Karola. Od tego momentu musiałam być silna i byłam silna.

Następnego dnia okazało się, że jednak nie ma przerzutów do kości, a nowotwór to tłuszczak. Czyli jest szansa na przeszczep! Ze szczęścia się popłakaliśmy: Karol, Karolina i ja. Co za paradoks – cieszyć się, że jest „tylko” nowotwór wątroby…

Marzena wypisała nas ze szpitala. Mówię „nas”, bo od samego początku podkreślałam, że chorujemy razem, że to jest nasza wspólna choroba. Mówiłam „bierzemy lekarstwa”, „leżymy w szpitalu”, „mamy nowotwór”. Bo to jest nasze życie, nasza przyszłość.

Przygotowania do przeszczepu wątroby

W lipcu, w Centralnym Szpitalu Klinicznym na Banacha, w Klinice Chirurgii Ogólnej i Chorób Wątroby Akademii Medycznej w Warszawie kierowanej przez wspaniałego ciepłego człowieka i wybitnego specjalistę profesora Marka Krawczyka, Karol rozpoczął badania kwalifikacyjne.

Miały ujawnić m.in., czy spełnia tzw. kryteria mediolańskie. Kryteria te określają, że do transplantacji wątroby kwalifikują się osoby, u których istnieje pojedyncze ognisko nowotworu o średnicy nie większej niż 5 cm lub maksymalnie 3 zmiany o średnicy nie większej niż 3 cm każda. I oczywiście, poza wątrobą, cały organizm musi być absolutnie zdrowy.

Kandydata do transplantacji wątroby prześwietla się bardzo szczegółowo, łącznie z badaniem psychiatrycznym pod kątem alkoholizmu i emocjonalnej gotowości do życia z cudzym organem. Nam problemów przysporzyło badanie laryngologiczne. Według jednej lekarki Karol miał jakąś zmianę na języku. Inni specjaliści tego nie widzieli, ale ta lekarka podejrzewała, że to nowotwór. Pobrano więc próbkę i histopatologicznie zbadano wycinek. Lekarka myliła się, ale cała sprawa zabrała aż 1,5 miesiąca. Przy nowotworze i ściganiu się z czasem to wieczność.

We wrześniu otrzymaliśmy decyzję, że Karol nadaje się do transplantacji. Został wpisany na listę do przeszczepu. 13 października 2010 r. niezwykle opiekuńcza i serdeczna lekarka dr hab. Urszula Ołdakowska-Jedynak omawiając z nim rutynowe badania kontrolne z niepokojem stwierdziła, że dramatycznie szybko rosną markery nowotworowe.

Dzień transplantacji wątroby

Karol zostawił dodatkowy telefon kontaktowy dla koordynatorki ds. transplantacji, pani dr Aleksandrze Dołędze i pojechał na wieś do swojej mamy. Tam wieczorem zadzwoniła do niego pani Ola z informacją: „Mam dla pana wątrobę”. Karol pożegnał się z mamą, nie wiedział, czy nie widzi jej ostatni raz. Gdy zadzwonił do mnie, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Chodziłam po domu, modliłam się i płakałam. Siostra pocieszała: to cudowna wiadomość ...

Gdy Karol wrócił do Warszawy, przed północą dojechaliśmy na Banacha. Nastąpiły ostatnie badania, w tym EKG, rentgen klatki piersiowej i pobranie krwi. Przed operacją, która zaczęła się o 8 rano, udało mi się na chwilę zobaczyć z Karolem. Pożegnaliśmy się przed blokiem operacyjnym. Powtarzałam, że będzie dobrze. Nic nie mówił, tylko miał łzy w oczach…

Około 17stej zadzwonił prof. Marek Krawczyk z ostrożną informacją, że na razie jest dobrze. To samo cierpliwie, pomimo zmęczenia, powtórzył operujący go dr hab. Waldemar Patkowski. Wkrótce nieprzytomnego Karola wywieziono z bloku. Wyglądał jak kosmita, podłączony był do rurek, przewodów, jakiejś aparatury. Następnego dnia z Karoliną go odwiedziłyśmy. Był już w miarę przytomny. Od tego momentu zaczął się powrót do normalnego życia. Ale ten powrót trwał długo.

>>> Najnowsze doniesienia medyczne związane z przeszczepami wątroby

Życie z przeszczepioną wątrobą

Najtrudniejsze są pierwsze dni po operacji, bo wtedy jest największe ryzyko odrzutu przeszczepu. Po pół roku można ostrożnie powiedzieć, że jest w miarę OK. Lekarskie zwolnienie czy rentę otrzymuje się z reguły na rok, to jest podstawowy czas rekonwalescencji.

U nas ten rok minął, ale daleko jesteśmy od triumfalizmu. Cały czas jesteśmy czujni. Najważniejszymi lekami, które od czasu transplantacji przyjmuje Karol są: lek immunosupresyjny przeciwko odrzuceniu przeszczepu, czyli prograf 1mg, 5 tabletek dziennie (3 rano, 2 wieczorem), polprazol, encorton 5mg (1 tabletka), magnezin (3 tabletki), calperos 500 (2 tabletki), amlozek (2 tabletki), vivace (1 tabletka).

Z miesiąca na miesiąc Karol czuł się lepiej. Za zgodą lekarza wrócił do umiarkowanych ćwiczeń fizycznych. Karol jest typem atlety, przed chorobą wyciskał 180 kg, uprawiał sporty siłowe. Bez treningu, po operacji przytył aż 20 kg, co nie jest wskazane dla zdrowia. Wrócił do ćwiczeń, bo ludzie z przeszczepioną wątrobą mogą być fizycznie aktywni, niektórzy nawet biorą udział w zawodach sportowych.

Dopiero w grudniu 2011 roku, u Karola pojawiła się przepuklina. Potrzebna będzie jej operacja, co nas niepokoi, chociaż dr Waldemar Patkowski uspokaja, że nie będzie groźna. Na razie Karol ograniczył aktywność sportową do jazdy na rowerze.

Teraz wszyscy się badamy profilaktycznie

Ważną zmianą w naszym życiu jest diagnozowanie stanu zdrowia. Na badania skierowaliśmy córkę Karola. Wyniki są dobre. Ja też sprawdziłam parę rzeczy. Badamy się, bo już wiemy, jak ważnym jest odkrywanie choroby w jej wczesnym stadium. Przecież nasz błąd polegał na tym, że dopiero w maju poważnie potraktowaliśmy listopadowe wyniki badań wątroby.

Praca od rana do nocy, codzienne zawirowania, uśpiły naszą czujność. Dlatego mam radę – jeżeli bliska osoba nawet nieznacznie sygnalizuje, że coś jest nie tak z jej zdrowiem, trzeba wszystko odłożyć na bok i dopytać, co ją niepokoi. I jeszcze apel do lekarzy: gdy wyniki badań mogą potencjalnie wskazywać na groźną chorobę, jasno ostrzegajcie pacjentów. Mówcie im: nie bagatelizujcie sprawy, bo możecie umrzeć. Tego komunikatu zabrakło przy USG z listopada.

Na koniec chcę jeszcze dodać coś, co jest ważne dla Karola i dla mnie. Wiem, że to sprawa wiary, ale jesteśmy z Karolem przekonani, że w sensie metafizycznym pomógł nam Jan Paweł II. W 2006 roku, podczas pobytu w Rzymie, poszłam na grób papieża. Tam, z niewiadomych powodów, bardzo intensywnie myślałam o mojej dawnej wielkiej miłości, czyli o Karolu. Po powrocie do Polski, na lotnisku, włączyłam komórkę. I wyświetlił mi się sms od Karola. Po tylu latach prosił o spotkanie ...

Dlatego, gdy Karol zachorował, kilka razy pojechaliśmy do grobu Jana Pawła II. Te wyjazdy dostarczyły nam mnóstwo pozytywnej energii i nadziei. Zawierzyliśmy... A zresztą już naukowo dowiedziono, że wiara chorym pomaga.

-------

Cykl „Nasze historie” to seria prawdziwych zdarzeń, opowiadanych przez czytelników medme.pl. Podyskutuj na forum o swoich dolegliwościach, podaj nam swój sposób walki z chorobą. Zapraszamy do medme: kontakt@medme.pl Autorów najlepszych historii nagrodzimy.

ELKA

 

Dodaj komentarz

Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Najwyżej oceniane

  • Avatar

    mika 2012-02-22 15:03 2

    Pani opowieść bardzo dobrze przemyca hasło: nie bagatelizujmy problemów ze zdrowiem! niestety ciężkie choroby się zdarzają bardzo często, ale gdy sami dbamy o zdrowie i coś nas niepokoi lepiej od razu zrobić badania.
  • Avatar

    mala_mi 2012-02-23 00:15 1

    Dobrze, że Pani Ania miała takie przeczucie i uparła się i postawiła na swoim, bo cała historia mogłaby się wcale tak dobrze nie skończyć... Polacy, nie lekceważcie wyników badań!!!

Komentarze

  • Avatar

    Michal 2012-02-21 18:11 0

    Cieszę się, że wszystko zakończyło się szczęśliwie! :)
  • Avatar

    Nyid 2012-02-21 19:20 0

    Świetnie napisana historia. No i dobrze, że wszystko skończyło się pozytywnie.
  • Avatar

    greg 2012-02-21 21:37 0

    Dlatego warto mieć drugą połówkę, można na niej polegać nawet w takich strasznych sytuacjach...
  • Avatar

    anna15051986 2012-02-22 00:01 0

    Piękna, choć tragiczna historia. Życzę Państwu zdrowia i wielu wspaniałych, przeżytych razem chwil:
  • Avatar

    mika 2012-02-22 15:03 2

    Pani opowieść bardzo dobrze przemyca hasło: nie bagatelizujmy problemów ze zdrowiem! niestety ciężkie choroby się zdarzają bardzo często, ale gdy sami dbamy o zdrowie i coś nas niepokoi lepiej od razu zrobić badania.
  • Avatar

    ronson 2012-02-23 17:02 0

    U mnie w rodzinie również kiedyś coś zbagatelizowano ale skutki były zbyt poważne i nie udało się już uratować tej osoby. Dlatego zawsze wszystkim powtarzam, dbajcie o zdrowie i badajcie się.
  • Avatar

    Nyid 2012-02-24 15:56 0

    Jak próbuję namówić rodzinę na jakieś badania czy wizytę u lekarza zawsze słyszę, że to "nic takiego" :/
  • Avatar

    mala_mi 2012-02-23 00:15 1

    Dobrze, że Pani Ania miała takie przeczucie i uparła się i postawiła na swoim, bo cała historia mogłaby się wcale tak dobrze nie skończyć... Polacy, nie lekceważcie wyników badań!!!
  • Avatar

    lokatorka 2012-02-28 00:44 0

    Dokładnie. Pół żartem, pół serio: co by ci mężczyźni zrobili bez nas, kobiet ;)
  • Avatar

    Zofia2 2012-02-25 14:38 0

    Piękna historia o wspieraniu się szczególnie w chorobie. A przy tym wzajemna troska o monitorowanie stanu zdrowia, łatwiej dbac o siebie przy wsparciu bliskich.

Autor artykułu

Bogusław Mazur

Podobne artykuły

Brak podobych artykułów

Najnowsze dyskusje w grupach

pokaż wszystkie