« Jedenastu gniewnych ludzi

25-11-2011

Cholernie samotny sport

Tkwią w nim ogromne pieniądze, sława i prestiż, choć uprawianie go wiąże się z wypełnioną setkami wątpliwości katorgą. Bokserskie i lekkoatletyczne potworności są przy nim – tenisie – niewinnymi zabawami w sportowców.

Dźwiganie brzemienia nadzwyczajnego talentu może stanowić morderczo trudne zadanie. Ci, którym życie nakazuje stanąć w szranki z wrodzonym fenomenem, przeważnie sobie z tym radzą, albowiem posiadany przez nich dar współgra z ich życiową pasją. W skrajnych przypadkach zdarza się jednak, że talent stanowi największe utrapienie, zmuszające człowieka do wykonywania czynności niesprawiających za grosz radości. W takiej sytuacji znalazł się Andre Agassi – wybitny tenisista, jeden z największych w dziejach, który nie chciał dźwigać ciężaru swoich niespotykanych możliwości. 

 

Jeśli wszystko, co Agassi napisał w swojej autobiografii, która ukazała się przed dwoma laty pod tytułem „Open”, jest prawdą (albo przynajmniej większość z opisanych zdarzeń), to mamy do czynienia z istnym kuriozum. Człowiek, który na tenisie zjadł zęby - spędził w zawodowych rozgrywkach 20 lat (1986-2006), wygrał 8 tytułów wielkoszlemowych, zdobył Złotego Wielkiego Szlema - od siódmego roku życia nienawidził tenisa. Czy Agassi może nie trawić sportu, który z czystej gry przyniósł mu ponad 30 milionów dolarów? W książce, która jest niemal antysportowym manifestem, dowodzi, że tak. 

 

Dramat Agassiego był nieuchronny. Jego ojciec, Mike, jest klasycznym przykładem szalonego rodzica, który sterował poczynaniami swoich pociech od podstaw, nie pozostawiając im możliwości wyboru drogi życiowej. Mike na długo przed narodzeniem Andre postanowił, że jego syn zostanie tenisistą, a kiedy przekonał się, że najmłodsze dziecko w rodzinie ma więcej talentu od swojego starszego rodzeństwa, poświęcił wszystko, aby pomóc synowi wspiąć się na piedestał. 

 

7-letni Agassi rozpoczął treningi tenisa. Ojciec, który kupując mieszkanie w Las Vegas, kierował się wyłącznie kryterium wielkości działki (musiała być wystarczająco obszerna, aby pomieścić pełnowymiarowy kort tenisowy), specjalnie zmodyfikował maszynę do wyrzucania piłek, aby stała się jeszcze bardziej wymagająca dla jego utalentowanej pociechy. Kiedy zaś jego syn nieco podrósł i był już zbyt dobrym graczem, żeby mierzyć się z lokalnymi miernotami, wysłał go do Akademii Tenisa Nicka Bollettieriego. Tam dojrzewający Agassi podjął pierwszą poważną próbę buntu: lekceważył szkołę, kpił z trenerów i samego właściciela placówki, wszczynał bójki, pił na potęgę - składował w swoim pokoju butelki Jacka Danielsa, ponieważ miał nadzieję, że dowód rzeczowy przesądzi o wyrzuceniu go ze szkoły – w końcu zrobił sobie irokeza i przedziurawił uszy. Bollettieri, który dla wielu uczniów był surowy i nie miał w zwyczaju wybaczać nieletnim mącicielom, za bardzo zachłysnął się talentem Agassiego, żeby pozwolić mu zerwać z dyscypliną, do której został stworzony.  

 

Przebiegły nowojorczyk wykorzystał to, że młodzieniec bardziej od tenisa nie znosił szkoły. Przymus nauki był jedyną rzeczą, która rozjuszała Agassiego poważniej niż konieczność gry w tenisa. Dlatego Bollettieri zaaprobował żądanie niemądrego chłopca, który w ferworze młodzieńczej rebelii postanowił zerwać z edukacją na rzecz sportu. Tym samym został pierwszym trenerem nastoletniego geniusza, który w wieku 16 lat rozpoczął zawodową karierę. 

 

Dopiero gdy Agassi stał się dorosły, uzyskał pełne prawo decydowania o własnym losie. Edukację zakończył jednak na etapie szkoły podstawowej, praktycznie przekreślając swoje szanse na zdobycie choćby elementarnego wykształcenia, przez co nie pozostawił sobie wyboru: jeśli chciał wieść dostanie życie, pławić się w luksusie i rozrzucać studolarówki w swojej willi, musiał grać w tenisa - i to najlepiej, jak potrafił. Agassi o tym wiedział, dlatego nie pozostało mu nic innego, jak pogodzić się z niedolą i zacząć traktować grę jako sposób zarabiania na życie. Tym samym prognoza, którą w drugiej połowie lat 70. wygłosił Mike'a Agassi – stwierdził wówczas, że jego syn zostanie rakietą numer jeden – zaczęła ewoluować w kierunku samospełniającej się przepowiedni. 

 

Kiedy na dobre zaczął zmagać się z tenisowymi wyzwaniami - co rusz rzucanymi przez Jimmy'ego Connorsa, Jima Couriera, Michaela Changa, Thomas Mustera, Borisa Beckera, Pete'a Samprasa, Todda Martina, Patricka Raftera czy Jewgienija Kafielnikowa – przekonał się, że zawodowstwo może być o wiele większą męczarnią, niż początkowo przypuszczał. Szybko zarobił na godziwe życie, dołączając do grona najlepszych zawodników globu, lecz z czasem jego problemy zaczęły się piętrzyć, tworząc niebezpieczne odciski na jego psychice.  

 

Zbłąkana dusza i roztrzęsiona psychika Agassiego dawały o sobie znać na każdym kroku. Przez wiele lat zmagał się z niemocą wygrywania turniejów wielkoszlemowych (poległ w trzech pierwszych finałach, do jakich udało mu się dostać). Potem spokoju nie dawał mu pewien Amerykanin greckiego pochodzenia o nazwisku Sampras, który regularnie ogrywał go w imprezach najwyższej rangi, przekreślając dążenie Agassiego do sportowej perfekcji i regularnie wywołując u niego depresję. Ale to nie wszystko; po drodze plątały się setki problemów rozmaitej maści: zszargany wizerunek, niedające spokoju łysienie czy nieudane małżeństwo z Brooke Shields to tylko niektóre z nich. To wszystko sprawiło, że Agassi rozsypał się mentalnie: szukał ukojenia w metaamfetaminie, coraz bardziej odsuwał się od tenisa, a właściwie – od ciężkich treningów, bez których nie mógł osiągać sukcesów. 

 

Szczęście znalazł dopiero u boku Steffi Graf, jednej z najlepszych tenisistek w historii, w której podkochiwał się przez blisko 10 lat, lecz nie potrafił lub nie mógł się do niej zbliżyć. Ona zrozumiała jego wewnętrzne rozterki i wskazała mu drogę, jaką blisko 30-letni mężczyzna powinien podążać – drogę rodziny, domowego ciepła i swobody, której poszukiwał przez całe młodzieńcze życie. Ich miłość rozkwitła błyskawicznie, czyniąc Amerykanina nie tylko lepszym tenisistą, ale i człowiekiem. 

 

Losy Agassiego przypominają życie gwiazdy rocka, która dryfowała na ciężkich falach stresu, środków odurzających, sławy, sukcesów i zaburzeń osobowości. Z tą różnicą, że turnieje tenisowe zastępowały koncerty, a wylany na korcie treningowym pot substytuował wizyty w studiach nagraniowych. Zmienne koleje życiowe mieszkańca Las Vegas intrygują, lecz clue jego autobiografii stanowi stosunek do tenisa, który przez jednego z najwybitniejszych przedstawicieli dyscypliny został nazwany cholernie samotnym i dołującym sportem. 

 

Tenis, w oczach nie tylko Agassiego, lecz także w odczuciu wielu innych zawodowców, postrzegany jest jako wyniszczająca praca, która cechuje się nieustanną męczarnią, pogrążającym w fanatyzmie dążeniu do doskonałości czy wreszcie chroniczną samotnością na korcie. Tenisiści bowiem tylko z pozoru walczą z rywalami, którzy znajdują się po drugiej stronie siatki. Największe boje toczą we wnętrzu swojego umysłu, wygrzebując podczas gry najciemniejsze, najbardziej bolesne fakty z przeszłości, wprowadzając się w stan tymczasowego szaleństwa. 

 

Choć nie wszyscy o tym chętnie mówią, to zdaje się, że każdy tenisista zmaga się z wewnętrznymi rozterkami, które przyjmują postaci rozmaitych demonów. John McEnroe wyrzucał je z siebie, obrażając sędziów, kibiców i przeciwników, Marat Safin ciskał rakietami we wszystkie strony kortu, raz po raz dewastując oręża, którymi zarabiał na życie, Roger Federer wylewał je wraz ze łzami  (po jednej z wielu porażek z Rafaelem Nadalem), a Agassi milczał, żeby po latach swoje żale przelać na papier.

 

Historia tenisisty z upalnej i zeschniętej na wiór Nevady, który już jako dziecko wpadł w sidła sportu, jak i historie innych zawodników, którzy oddali tej dyscyplinie ciało i duszę, pokazują, że kwintesencją zawodowego sportu nie jest przyjemność z gry i sława, lecz cierpienie, ból i niemożliwe dążenie do uzyskania pełnej satysfakcji. A w tenisie – wybitnie indywidualnym i mentalnie dewastującym sporcie – ryzyko zachorowania na zawodowe wyizolowanie jest jeszcze większe.

 

Dodaj komentarz

Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Komentarze

  • Avatar

    mmk 2011-11-25 19:17 0

    Bzdura totalna;/ co Ty człowieku możesz wiedzieć o lekkoatletycznych katorgach.Miałeś kiedykolwiek do czynienia np z maratonem czy wielobojem?! Odbyłeś lub obserwowałeś choć jeden taki trening zawodowego lekkoatlety? Na pewno niewinną zabawą tego nazwać nie można. Zastanów się, potrenuj i dopiero wtedy zabierz za pisanie takich artykułów. Na chwile obecną się ośmieszasz!
    Pozdrawiam
  • Avatar

    Krzysztof Domaradzki 2011-11-26 10:49 0

    mmk:
    Gdybyś przeczytał tekst w całości, wiedziałbyś, że nie miałem na myśli fizycznej mitręgi, do której Ty w tak niekulturalny sposób nawiązałeś. Wziąłem na cel wyłącznie mentalne katusze, które w zawodowym tenisie są najprawdopodobniej większe niż w każdym innym sporcie. Obecnie czołowi tenisiści świata rozgrywają ok. 60-70 meczów w sezonie, a każde ze spotkań nastręcza im od godziny do nawet 5 godzin stresu. Takiej presji nie doświadczają ani lekkoatleci, ani bokserzy. Fizycznie, owszem, bardziej wymagające są wymienione przez Ciebie konkurencje lekkoatletyczne, ale nie tego dotyczył ten tekst.
  • Avatar

    mmk 2011-11-26 22:17 0

    Widzisz drogi autorze, tego słowa "najprawdopodobniej" którego użyłeś w komentarzu, brakuje właśnie w Twoim artykule. Racja- nie doczytałem tekstu do końca z prostego powodu: pierwszy akapit odstraszył mnie do tego stopnia, że nie miałem ochoty denerwować się jeszcze bardziej.
    Co więcej nadal uważam, że nie masz pojęcia na temat mentalnych jak i fizycznych trudów związanych z trenowaniem lekkiej atletyki, dlatego tak poruszyło mnie porównanie tego do zabawy w sportowców. Odbieram to jako obrazę i niedocenienie.
  • Avatar

    Krzysztof Domaradzki 2011-11-27 18:34 0

    Napisałem "najprawdopodobniej", ponieważ odnosiłem się do wszystkich sportów, nie tylko lekkoatletyki, więc pewności mieć nie mogę - musiałbym być wszechwiedzący, aby to jednoznacznie stwierdzić. Posiadam natomiast doświadczenie i w lekkiej, i w tenisie, a zatem wyłącznie na podstawie własnych przeżyć mogę stwierdzić, że pod względem psychologicznym znacznie bardziej wymagający jest tenis.

    Dojście do perfekcji lekkoatletycznej wymaga-przede wszystkim talentu, determinacji i umiłowania ciężkiej pracy, mentalne aspekty nie odgrywają tutaj wiodącej roli, a w tenisie prawidłowe przeprowadzenie zwykłego treningu nastręcza sporo trudności natury umysłowej.

    Oczywiście, nie uważam, że trenowanie lekkoatletyki jest jedynie zabawą w sportowców, ale użyłem tego zwrotu z premedytacją, aby podkreślić różnice na poziomie mentalnym między tymi dyscyplinami. Gdybyś, drogi nieznajomy, przeczytał (ze zrozumieniem) cały tekst, nie byłoby tej dyskusji.