« Jedenastu gniewnych ludzi

26-01-2012

Hegemon, który drży przed Europą

Bełchatowska nawałnica, która pod herbem Skry od blisko dekady przedziera się triumfalnie przez siatkarskie knieje, w weekend zmiotła ligową konkurencję po raz enty. Krajowi rywale załamują ręce, nie mogąc za nic w świecie wynaleźć eliksiru, który dałby im moc pokonywania bełchatowian. Tego samego magicznego płynu, o który od ładnych paru lat modlą się kibice zespołów z Rzeszowa, Kędzierzyna-Koźla czy Jastrzębia-Zdroju, nie potrzebują natomiast największe mocarstwa Starego Kontynentu, które rokrocznie zatrzymują Skrę w drodze na europejski szczyt.

O dominacji Skry na polskiej arenie siatkarskiej od jakiegoś czasu już nie wypada wspominać. Wielkim nie trzeba ciągle powtarzać, że są wielcy, bo i tak, bez względu na napływające zewsząd komentarze, będą tonąć w samouwielbieniu i arogancji, która w takich przypadkach wydaje się nieunikniona. Rozpatrywanie w kategoriach sportowych niezwykłych osiągnięć i rodzimej hegemonii drużyny z Bełchatowa jest porównywalne z natarczywym rozpamiętywaniem dokonań Leo Messiego i jego kolegów z Barcelony czy, zostając przy siatkówce, podbojów reprezentacji Brazylii, która pod wodzą Giby zdominowała pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Są to bezdyskusyjne fakty, nad którymi nie zamierzam się rozwodzić. Zastanawia mnie jednak, czy są jakieś przesłanki ku temu, by sądzić, że w niedługim czasie – na przestrzeni kilku najbliższych lat - krajowa supremacja Skry dobiegnie końca. 

 

Początek sezonu w PlusLidze sugerował, że zespół z Bełchatowa nie jest już tym oślizgłym potworem, który z lubością pożera kolejnych rywali, nie zważając na ich rozmiary czy konsystencję. Skra przez długi czas z trudem ciułała punkty, ledwo nadgryzając swoje ofiary, które formatem nawet nie dorastały do pięt rywalom, z jakimi miała walczyć o najwyższe cele – podopieczni Jacka Nawrockiego potrzebowali dwóch pięciosetowych batalii, żeby wydrzeć zwycięstwa zespołom z Warszawy oraz Kielc. W tym czasie znakomite mecze rozgrywali siatkarze Zaksy Kędzierzyn-Koźle, którzy jeszcze do niedawna przewodzi tabeli, Jastrzębski Węgiel przeprowadził triumfalny marsz przez Klubowe Mistrzostwa Świata, które ostatecznie ukończył na drugim miejscu, a działacze Resovii Rzeszów coraz dumniej prężyli torsy, napawając się swoim przedsezonowym polowaniem, podczas którego udało im się ustrzelić Piotra Nowakowskiego – zawodnika, który lada dzień stanie się najlepszym środkowym globu. Wszyscy myśleli, że tym razem uda im się obalić monstrum z Bełchatowa.  

 

Siatkarze Skry prezentowali się znacznie poniżej oczekiwań, co dla trenera Nawrockiego nie było niczym zaskakującym – jeszcze przed pierwszym serwisem w lidze stwierdził, że na początku rozgrywek jego pupile nie będą błyszczeć – ale nie do końca potrafił to pojąć Konrad Piechocki, prezes klubu, który przez dobre kilka tygodni kręcił nosem, utyskując na blade oblicze mistrza Polski, oraz wymagający – jak zwykle – kibice. Najwięcej cierpkich słów kierowali pod adresem Mariusza Wlazłego, który odmawiając gry w reprezentacji, zasugerował, że za Skrę pozwoli się wybebeszyć, ale jakoś nie było tego widać na parkiecie. Syta porcja krytyki spływała także na Nawrockiego – za niezadowalające wyniki i ciągłe eksploatowanie ledwo już zipiącego Bartosza Kurka, który okazał się być tylko człowiekiem, mimo że w sezonie reprezentacyjnym regularnie temu zaprzeczał. 

 

Dopiero gdy rozgrywki nabrały rozpędu, a drużyny zaczęły zapominać o początkowych niedogodnościach, które jednym przeszkadzały, a innych wypychały na sam wierzchołek tabeli, okazało się, że w Skrze nadal drzemią niewyobrażalne pokłady mocy i zdolność tłamszenia maluczkich.

Bełchatowianie przypomnieli wszystkim, że nad ligowymi rywalami mają gigantyczną przewagę pod względem personalnym, a także taktycznym i organizacyjnym – żaden zespół nie był równie systematycznie i mądrze budowany, w komfortowych, ekskluzywnych, opartych na potężnych finansowych cokołach warunkach. Po ponownym  (czynię tak kilka razy w sezonie) przeanalizowaniu wszystkich boiskowych pozycji muszę stwierdzić, że żaden zespół w Polsce nie dysponuje kadrą, która stanowiłaby wystarczająco twardy monolit, przez który bełchatowianie nie byliby w stanie przetoczyć swojego niszczycielskiego walca.

 

Za przyjęcie w zespole mistrza Polski odpowiadają postaci absolutnie wybitne, czyli Michał Winiarski i wspomniany kilka akapitów wyżej Kurek. Winiarski zalicza się do wąskiego grona siatkarzy, którzy drwią z pędzących ponad sto kilometrów na godzinę piłek, odbierając zagrywki z zegarmistrzowską precyzją. Braki motoryczne nadrabia wyśmienitą techniką, sprytem i boiskową inteligencją, a wszystko to sprawia, że pod względem sposobu gry coraz bardziej przypomina niedoścignionego cwaniaka Stephane'a Antigę. Jego kompanem jest niesamowity Kurek, który, nie licząc Osmany'ego Juantoreny, Endresa Murilo czy Mateja Kazijskiego, jest najgodniejszym kandydatem do miana najwybitniejszego siatkarza globu.  (Przyjmujący Skry ma nad wspominanymi wirtuozami jedną zasadniczą przewagę – jest od nich sporo młodszy). Trudno znaleźć w kraju drugą parę przyjmujących, która byłaby w stanie choćby nadwątlić cesarską pozycję reprezentacyjnego duetu, z sezonu na sezon grającego pewniej i skuteczniej.

 

Równie silną parę, która wytrwale dba o utrzymanie prymatu Skry, stanowią bełchatowscy środkowi, a zatem Marcin Możdżonek i Daniel Pliński. Możdżonek jest bezdyskusyjnie jednym z najlepszych blokujących na świecie, a Pliński to stary wyga, który dysponuje niebywałym czuciem w bloku, szerokim repertuarem ataków i niespotykaną umiejętnością robienia w balona nawet najprzebieglejszych środkowych świata. Do tego stale udowadnia trenerowi Andrei Anastasiemu, że niepowołanie go na Puchar Świata było poważnym niedopatrzeniem ze strony szkoleniowca. 

 

Prezesi zespołów, które marzą o unicestwieniu Skry, nie wpadli jeszcze na to, w jaki sposób można zataić olbrzymią przepaść pomiędzy bełchatowianami a resztą stawki, którą uwydatniają przyjmujący i środkowi mistrza Polski, ale za to zgodnie, jak jeden mąż, stawiają na wzmocnienie siły ataku, wierząc, że tym sposobem w końcu dobiorą się hegemonom do skóry. Dlatego odpowiednikami kapryśnego i nieregularnego Wlazłego nie są już siatkarze, którzy w Skrze mozolnie walczyliby o miejsce w kwadracie dla rezerwowych, lecz zawodnicy światowego formatu. Działacze Zaksy ściągnęli przed sezonem Antonina Rouziera, a jastrzębianie pozyskali Michała Łaskę. Obydwaj uchodzą za czołowych atakujących globu, ale ani przebojowy Francuz, ani diabelnie skuteczny Włoch o polskich korzeniach nie są w stanie samodzielnie zniwelować różnicy, jaką stwarza dobrze dysponowany Wlazły - atakujący silnie, precyzyjnie, bardzo dynamicznie, a do tego rewelacyjnie zagrywający. Jeżeli kapitan Skry rzetelnie trenuje, nie uskarża się na mniej lub bardziej wyimaginowane problemy, to potrafi w pojedynkę rozstrzygać losy meczów. Pod tym względem dorównuje mu jedynie Georg Grozer, ale ta siatkarska „Dora” nie jest w stanie wygrać wojny w pojedynkę, w co nadal trudno jest uwierzyć jego kolegom z Rzeszowa, którzy specjalnie nie kwapią się, żeby przyjść mu z odsieczą. 

 

Antagoniści Skry uparcie twierdzą, że głównym mankamentem zespołu z Bełchatowa jest jej mózg i nieoficjalny przywódca, czyli Miguel Angel Falasca. Uważają, że od Hiszpana znacznie lepszy jest Paweł Zagumny, lider Zaksy, a na dodatek coraz częściej wypominają wiek zbliżającemu się do czterdziestki Falasce. I mają rację – pod względem techniki rozegrania „Guma” góruje nad Hiszpanem. Odstaje natomiast w pozostałych elementach siatkarskiego rzemiosła, albowiem nieco gorzej blokuje i rzadziej podbija piłki w obronie, a serwis rudowłosego rozgrywającego – archaiczny, niegroźny flot – nie może się równać z bombami, które zza dziewiątego metra regularnie posyła rozgrywający Skry  (właśnie dzięki piorunującej zagrywce został wybrany MVP Pucharu Polski). Martwić może jedynie zaawansowany wiek urodzonego w Argentynie siatkarza, który już niedługo będzie musiał ustąpić miejsca młodszym od siebie. Znając jednak zwyczaje działaczy Skry, na jego miejsce ściągną zawodnika pokroju Luciano De Cecco (najlepszego rozgrywającego 2011 roku) albo dopiero kiełkującego specjalistę od gubienia bloku, który w ciągu paru lat dochrapie się do poziomu światowego. Idealnym kandydatem wydaje się Fabian Drzyzga, który stylem gry nawet przypomina z wolna ustępującego Falaskę. 

 

A jak już jestem przy młodych, to nie mogę nie napomknąć o Pawle Zatorskim. Ten 21-letni libero już teraz szczypie po kostkach niezniszczalnego Krzysztofa Ignaczaka, a wiele wskazuje na to, że od następnego sezonu zyska status broniącego numer jeden w reprezentacji Polski. „Igle” niedługo stuknął 34 lata, a w takim wieku jest coraz trudniej uczyć się zagrań, które nastoletni do niedawna Zatorski będzie zapewne opanowywał w mig. Siatkówka z pewnością nie zwolni, więc stale rosnące tempo gry z każdym miesiącem będzie przemawiało na korzyść libero Skry. 

 

Bełchatowska młodzież nie kończy się na Zatorskim. Mistrzowie Polski dokooptowali przed sezonem dwóch młodych Serbów, którzy na razie nie mają szans na przebicie się do wyjściowej szóstki, ale w niedługim czasie mogą wyrosnąć na postaci pierwszoplanowe. Pierwszym z nich jest Konstantin Cupkovic, który po dokładnym oszlifowaniu może stać się przyjmującym na miarę Zbigniewa Bartmana – niepewnym w odbiorze, ale niezmiernie niebezpiecznym w ataku. Drugim zaś – niewątpliwie bardziej obiecującym – jest Aleksandar Atanasijevic. Ten kędzierzawy dwudziestolatek ma w niedługim czasie zastąpić samego Ivana Milijkovica w reprezentacji Serbii, a zatem można przypuszczać, że i dla Wlazłego wkrótce stanie się realnym zagrożeniem, zwłaszcza że szlify zbiera także w drużynie narodowej, co niewątpliwie wpływa korzystnie na tempo i jakość jego rozwoju. A tuż obok nich zaczyna wschodzić 22-letni Karol Kłos, który jest tak utalentowanym środkowym, że trener Nawrocki chętniej sięga po niego niż po utytułowanego, mającego za sobą karierę w Serie A Wytze Kooistrę. 

 

Znalezienie luki personalnej w drużynie Skry jest zatem praktycznie niemożliwe i, co najgorsze, ligowi konkurenci wydają się być z tym pogodzeni. W niedzielnym finale Pucharu Polski jastrzębianie jedynie stwarzali pozory walki - po to, żeby nie zawieźć kibiców, którzy pojechali za nimi do Rzeszowa. Niektóre reakcje siatkarzy i marsowa mina szkoleniowca Jastrzębskiego sugerowały, że wiara w wygraną nie obudziła się w nich nawet na moment, a zwycięstwa Skry byli bardziej pewni niż sami bełchatowianie. 

 

O wiele prostsze jest wskazanie mankamentów mentalnych mistrzów Polski, którzy ligowymi konkurentami coraz rzadziej zaprzątają sobie głowy, ale od lat nie mogą przebić się przez szczelną ścianę, jaką wybudowały przed nimi europejskie mocarstwa. Patrząc bowiem na zestawienie składów najsilniejszych drużyn klubowych Starego Kontynentu, wydaje się, że nawet wielkie Trentino Volley, które już od trzech lat nie daje cienia nadziei innym zespołom, nie ma przewagi personalnej nad Skrą. Połączone moce Kurka i Winiarskiego powinny równoważyć brutalną siłę, jaką bez krygowania okazują Juantorena i Kazijski, Wlazły wcale nie jest gorszym atakującym od Jana Stokra, a środkowi Skry wyraźnie górują nad blokującymi najbardziej utytułowanego zespołu ostatnich lat. A jednak to Włosi wygrali Ligę Mistrzów trzy razy, a Polacy zdołali jedynie dwukrotnie wdrapać się na najniższy stopień podium – i to głównie dlatego, że udział w Final Four mieli zagwarantowany z urzędu. W czym zatem tkwi problem bełchatowian? Wszystko wskazuje na to, że nie leży on na parkiecie, ławce trenerskiej czy w lożach zajmowanych przez działaczy, lecz w głowach siatkarzy, na których rokrocznie mocodawcy nakładają nieziemską presję ugrania czegoś wielkiego w europejskich pucharach. A tego typu trudności są znacznie trudniejsze do zniwelowania niż braki motoryczne, wydolnościowe, taktyczne czy nawet kadrowe. 

 

W poprzednich latach mistrzowie Polski regularnie zarzucali sieci na najtłustsze ryby w Europie, ale za każdym razem padali przed wypłynięciem na najszersze wody. Najpierw, zanim Skra stała się niewątpliwą potęgą, nie sprostali zespołom z Grecji i Hiszpanii, a dopiero później, kiedy drużyna cieszyła się w Polsce statusem niemal kultowym, nastąpiła cała seria porażek z drużynami z Rosji. W 2008 r. poległa w półfinale Final Four – po raz pierwszy rozgrywanym w Łodzi – z Dynamem Kazań, rok później uległa Iskrze Odincowo i nie dostała się do najlepszej czwórki, a w kolejnym sezonie nie sprostała Dynamu Moskwa, po raz kolejny blokując sobie drogę do finału Ligi Mistrzów. Najbliższej jednak zwalczenia rosyjskiego kompleksu była przed rokiem, gdy w dwumeczu z Zenitem Kazań właściwie okazała się lepszym zespołem – w pierwszym pojedynku przegrała 2:3, ale w rewanżu zwyciężyła 3:1 – ale padła ofiarą niesprawiedliwego „złotego seta”, który pomógł wówczas awansować do Final Four zupełnie przeciętnie grającym jastrzębianom. Ta klęska Skry była wyjątkowo bolesna, albowiem w grupie podopieczni Jacka Nawrockiego poskromili samych mistrzów z Trentino i wydawało się, że ta edycja rozgrywek okaże się przełomowa. Niemoc jednak ponownie dała o sobie znać, i to w najgorszym z możliwych momentów – w dodatkowym secie starcia z Zenitem. 

 

W tym sezonie mistrzowie Polski mają kolejną szansę na poskromienie bezradności, szczególnie że Łódź po raz trzeci będzie gościć najlepsze zespoły Starego Kontynentu. Wydaje się, że cała trudność tkwi w stłamszeniu lęku, który już tyle razy odbierał im możliwość osiągnięcia niczym nieskrępowanej europejskiej preponderancji. Bełchatowianie pewnie o tym doskonale wiedzą i regularnie wypominają to sobie podczas treningów, stale powtarzając, że tym razem będzie inaczej – lepiej, skuteczniej, zwycięsko. Ale – jak to w życiu bywa – zdecydowanie łatwiej jest coś powiedzieć, niż zrobić.

Dodaj komentarz

Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Komentarze

Brak komentarzy.