Sugerując się jesiennymi wynikami obu zespołów, bieżącą formą piłkarzy Realu i medialną otoczką, jaką objęto pierwsze ligowe starcie dwóch najsilniejszych zespołów na świecie, wypadało spodziewać się, że 10 grudnia 2011 roku Madryt będzie najszczęśliwszym miastem świata. Królewscy łoili skórę kolejnym przeciwnikom, bili coraz to wymyślniejsze rekordy i szczerzyli kły do zawodników Barcelony, przypominając odwiecznym rywalom, że nadchodzi pora przekazania sterów na pokładzie futbolowego galeonu. Jeszcze przed starciem z Barcą starali się obwieścić światu, że era tiki-taki w wykonaniu bajecznie wyszkolonych technicznie malców z Katalonii ustępuje, a na jej miejsce wkracza zabójczo szybki futbol w wykonaniu szalonych gladiatorów z Madrytu. Zaskakująco wiele osób uwierzyło, iż taki scenariusz ziści się podczas sobotniego wieczoru. Prognoza niesiona przed lud i media doprowadziła do tego, że firmy bukmacherskie dokonały rzeczy wręcz niebywałej, stawiając w roli faworyta zespół Realu, który przegrał 8 z ostatnich 12 starć z Barceloną.
Balon zwycięstwa wypełniony królewskim powietrzem wprost z Madrytu został napompowany do granic możliwości; nawet zagorzali fani Blaugrany powątpiewali w sukces swoich ulubieńców. Armia Jose Mourinho miała wykończyć Katalończyków agresywnym pressingiem, błyskawicznymi kontratakami i bezwzględną skutecznością, którą imponują od początku rozgrywek: Cristiano Ronaldo, Gonzalo Higuain i Karim Benzema w tym sezonie ustrzelili już niemal 50 goli. Obsługiwać ich mieli najlepiej podający w Realu, czyli Angel Di Maria i Mesut Oezil, którzy w samej Primera Division uciułali 16 asyst. Rozbijanie akcji Barcelony miało spocząć na barkach wszechstronnego Xabiego Alonso i walecznego Lassa Diarry. Spokój w tyłach miał gwarantować Sergio Ramos, którego już w zeszłym roku Mourinho namaścił przyszłym wodzem defensywy Realu, nieobliczalny Pepe, szybki i sprytny Marcelo oraz niepodatny na zmęczenie Fabio Coentrao. Na straży madryckiej godności po raz 593. miał stanąć Iker Casillas. Na papierze nazwiska pupili Mourinho rzeczywiście prezentują się iście królewsko, dlatego pewnie tak wiele osób sądziło, że przeniesie ich wielkości ze sfery rozważań na boiskową rzeczywistość będzie formalnością.
Jakby tego było mało, Real przed Gran Derbi miał 6 punktów przewagi nad Barceloną. Zwycięstwo pozwoliłoby Królewskim odskoczyć na 9 oczek, których Katalończycy mogliby nie zdążyć odrobić, a zatem – zgodnie z tabloidowymi mechanizmami – piłkarze z Madrytu zostaliby okrzyknięci mistrzami Hiszpanii jeszcze w rundzie jesiennej. Real miał raz na zawsze przełamać kataloński impas, który hamuje ich władcze zapędy od 2008 roku – wtedy po raz ostatni pokonali Barcę w ligowej potyczce. Atmosfera zwycięstwa zdawała się udzielać samemu Mourinho, który przed meczem zachowywał się inaczej niż zwykle. Portugalczyk ani nie sławił swoich niezwyciężonych grajków, ani nie utyskiwał na faworyzowanie Barcelony, ani nie posyłał uszczypliwych uwag pod adresem Josepa Guardioli. Nie raczył nawet przyjść na przedmeczową konferencję prasową.
Zabawne jest to, że początek meczu sugerował, iż wszystko, co mówiono o szansach obu zespołów, jest prawdą. Victor Valdes, który od lat uchodzi za jednego z największych bramkarskich specjalistów od gry nogami, popełnił gafę rodem z rozgrywek juniorskich i już po kilkunastu sekundach starcia Real wyszedł na prowadzenie, a Benzema stał się autorem najszybciej strzelonej bramki w historii El Clasico. Santiago Bernabeu oszalało ze szczęścia, a naiwni fani stołecznego zespołu i katalońscy sympatycy małej wiary zaczęli wieścić kres barcelońskiej dominacji. W szeregach madryckiego zespołu spokój zachował jedynie Mourinho, który doskonale wiedział, że nawet błyskawiczne wygranie pierwszej bitwy nie gwarantuje sukcesu w wojnie. Zadziwiająco spokojni byli także zawodnicy Barcelony, którzy knockdownu z pierwszej minuty walki zupełnie nie wzięli do siebie.
Leo Messi i spółka od razu przystąpili do odrabiania strat, ale natarcie prowadzili niezmiernie rozsądnie. Mimo że madrytczycy uczepili się ich cesarskich szat, próbując za wszelką cenę ściągnąć ich z tronu, zachowali stoicki spokój; długo rozgrywali piłkę, zmuszając furiatów z Madrytu do szaleńczego ganiania po boisku, a gdy nadarzała się okazja, próbowali pokonać Casillasa. Profesorską pracą, w której nie brakowało oznak geniuszu, szczególnie gdy piłkę dotykał ktoś z trójki: Messi, Anders Iniesta lub Xavi, rozłożyli Real w identyczny sposób, w jaki czynili to w ostatnich trzech sezonach. Trafienia Alexisa Sancheza, Xaviego i Ceska Fabregasa uciszyły nie tylko kibiców na Santiago Bernabeu, ale i niektórych „znawców” futbolu, którzy przed meczem bałwochwalczo oceniali szanse Realu.
Półtoragodzinne widowisko – słusznie określane największym futbolowym wydarzeniem jesieni – było w zasadzie obrzydliwe przewidywalnym i jednostronnym spotkaniem. 90 minut wystarczyło, żeby Katalończycy udowodnili, że nadal są futbolowymi hegemonami, którzy słusznie roszczą sobie prawa do tytułu jednej z najlepszych drużyn wszech czasów. Z kolei gracze Realu dowiedli, iż do osiągnięcia doskonałości, jaką od dłuższego czasu zachwycają ich najwięksi rywale, brakuje im przygotowania mentalnego, co objawia się chorobliwym lękiem przed terroryzującymi piłkarską Europę Katalończykami. Sobotniego wieczora kompleks Barcelony, który stołecznym wojownikom doskwiera od dłuższego czasu, ponownie urósł, przybierając postać potwora o rozmiarze Godzilli czy King Konga. Oglądając bezradność Realu, zdanie musieli zmienić łatwowierni sympatycy futbolu, którzy przekonali się dobitnie, że tak ochoczo zapowiadane przejście na władczą emeryturę Barcelony było jedynie mrzonką.
W tym niezwykle klarownym starciu niewyjaśniona pozostała tylko jedna kwestia: która wersja ultranowoczesnego futbolu jest lepsza? Wprawdzie zwyciężył stoicki model rodem z Katalonii, który wybrańcy Guardioli realizują z wzorniczą precyzją, przejmując dyktatorską władzę nad futbolówką, ale schemat opatentowany przez Mourinho – zakładający zoptymalizowanie tempa wymiany podań, błyskawiczne przemieszczanie się po murawie i niewolniczą harówkę – prezentował się równie groźnie; gdyby Ronaldo wykorzystał świetne podanie Benzemy i celne dośrodkowanie Xabiego Alonso, wynik starcia gigantów mógłby być zupełnie inny. Niewykluczone, że z czasem koncepcja portugalskiego trenera stanie się wystarczająco doskonała, żeby czynnik ludzki – w tym przypadku był nim roztrzęsiony napastnik, który po raz kolejny nie poradził sobie z grą pod ogromną presją – nie odgrywał w niej decydującego znaczenia.
Mimo że Real faktycznie zbliżył się poziomem gry do Barcelony, to drużyna Guardioli nadal znajduje się poza zasięgiem wicemistrzów Hiszpanii. Katalończycy może już nie są tak głodni sukcesów, jak byli jeszcze przed kilkoma laty, kiedy ich zawodnicy nie mieli w dorobku kilku tytułów mistrza Hiszpanii, trzech zwycięstw w Lidze Mistrzów, mistrzostwa świata czy triumfu w mistrzostwach Europy, ale nadal są najlepszymi futbolistami globu, którym wciąż cieknie ślinka na myśl o pełnieniu władczej posługi.
To oznacza, że wkroczenie w nową erę – erę Realu Madryt – trzeba przełożyć na później, albowiem wielka zmiana jakościowa, o której, chcąc nie chcąc, musieliśmy słuchać przez co najmniej kilka tygodni, nie nastąpiła. A gdy się spojrzy na madrycko-barcelońską rywalizację w dalszej perspektywie, wydaje się, że kres dominacji Barcelony może szybko nie nadejść, ponieważ gdy gwiazdy autorów sukcesów z ostatnich lat zaczną gasnąć, na ich miejsce wskoczą nowi, spragnieni kontaktu z największymi futbolowymi laurami piłkarze. A ci w Barcelonie rosną jak grzyby po deszczu, o czym mogliśmy przekonać się podczas ostatniej kolejki Ligi Mistrzów, kiedy Barca rozklepała 4:0 BATE Borysów, grając składem, którego średnia wieku wynosiła niespełna 22 lata (gdyby na boisku nie pojawił się 36-letni Pinto i 30-letni Maxwell, przeciętna ta wyniosłaby równo 20 lat).
Tak więc - jak należało przypuszczać, nie sugerując się medialnymi dyrdymałami – stabilna futbolowa hierarchia nie została naruszona. Przy okazji kolejnego dowodu na to, że w rywalizacji Realu i Barcelony nie nastąpiło nic rewolucyjnego, przypomniała mi się powieść „Na Zachodzie bez zmian” autorstwa Ericha Marii Remarque'a. Niemiecki pisarz z dziennikarską dokładnością przedstawił realia I wojny światowej, zwracając uwagę na bezsensowność prowadzenia działań zbrojnych i tragedię ludzi biorących w niej udział. Tytuł i fabuła powieści idealnie wkomponowują się w futbolową sytuację Starego Kontynentu. Barcelona i Real – jedyne strony liczące się w walce o panowanie nad Europą – od wielu lat nieprzerwanie wytaczają przeciwko sobie najcięższe działa, próbując doprowadzić do upadku jednej z opcji. Różnica między książką a piłkarską rzeczywistością polega jednak na tym, że podczas wojny z początku XX wieku straty rozkładały się miarowo, okaleczając przedstawicieli obu frakcji, a w futbolowej batalii o rządy na Starym Kontynencie od bardzo dawna uciśniony jest jeden zespół, który w pojedynkę stawia opór apodyktycznemu zwierzchnikowi, bezskutecznie próbuje wydostać się z okopów niedoskonałości.
Tragedia piłkarzy Realu polega na tym, że kolejne próby zmniejszenia dystansu między nimi a reprezentantami Barcelony kończą się niemal bezowocnie. W tej niedającej wytchnienia stagnacji Królewscy zaczynają się zatracać, podczas gdy ich rywale ogrywanie swoich oponentów coraz częściej sprowadzają do błahych, nienastręczających większych trudności wyzwań. A to nie wróży najlepiej rywalizacji, która czwarty rok z rzędu rozstrzyga się na długo przed rozpoczęciem zmagań na boisku. Nie zdziwię się, jeżeli w rewanżu, który rozegrany zostanie 22 kwietnia na Camp Nou, Guardiola sięgnie po niektórych zawodników, którzy w tygodniu rozprawili się z zawodnikami BATE Borysów – bez porównania większą sensacją byłby dla mnie triumf Realu.
Dodaj komentarz
Komentarze