Puchar Świata nie bez kozery uznawany jest za najtrudniejszy turniej siatkarski na świecie. Polacy doskonale o tym wiedzieli, dlatego nie mogli być zachwyceni tym, że w ciągu piętnastu dni przyjdzie im zmierzyć się z jedenastoma rywalami, w gronie których znajdą się wszystkie siatkarskie mocarstwa. Sam początek turnieju – na Polaków czekali kolejno: Kubańczycy, Serbowie i Argentyńczycy – mroził krew w żyłach. Ale prawdziwie katusze czekały wybrańców Andrei Anastasiego na koniec – w trzech ostatnich pojedynkach mieli zmierzyć się z wybitnie nieleżącymi im Włochami, Brazylijczykami, których w meczu o punkty po raz ostatni pokonali w 2002 r., oraz potwornie silnymi Rosjanami pałającymi rządzą rewanżu za nieudane mistrzostwa Europy. Żeby odnieść sukces w dalekowschodniej imprezie, musieli ją mocno otworzyć, zgrabnie przez nią przebrnąć, a na koniec przypieczętować wyrazistym, męskim uderzeniem. Do tego potrzebowali niezwykle silnego i wyrównanego składu, którego, jak przed turniejem sądzili eksperci, siatkarze z kraju położonego nad Wisłą nie posiadali; w zestawieniach bukmacherskich Polacy ustępowali Brazylijczykom, Rosjanom, Włochom, Serbom, Amerykanom oraz Kubańczykom.
W tym nieludzko ciężkim turnieju niebagatelną rolę odgrywają czynniki, które w mistrzostwach Starego Kontynentu, światowym czempionacie czy nawet podczas igrzysk olimpijskich nie są aż tak istotne. Żeby w jedenastu kolejnych spotkaniach zgromadzić więcej punktów od co najmniej dziewięciu zespołów (tylko 3 najlepsze uzyskiwały przepustki do Londynu), należy albo dysponować supersilną kadrą, albo genialnie przygotowanymi zawodnikami, choć najlepiej mieć i jedno, i drugie. Nie jest bowiem możliwe, żeby ta sama – nawet bezsprzecznie rewelacyjna - siódemka siatkarzy w każdym meczu grała na równym, bardzo wysokim poziomie. Z kolei utrzymanie nieskazitelnej dyspozycji w ciągu dwóch tygodni zmagań wymaga znakomitego przygotowania wytrzymałościowego i mentalnego, a na to większość zawodników nie mogła liczyć – europejskie ligi zdążyły już wyssać pierwszą krew z siatkarzy, którzy nawet nie zdążyli odzyskać świeżości po mistrzostwach kontynentów. Najboleśniej przekonali się o tym Serbowie, mistrzowie Europy, którzy przyjechali na turniej zupełnie nieprzygotowani (jedynym zawodnikiem, który przez kilkanaście dni utrzymywał wysoką dyspozycję, był Nikola Rosic), na skutek czego zajęli wstydliwą 8. lokatę – najgorszą spośród zespołów, którym dawano realne szanse na wywalczenie miejsca w czołowej trójce.
Polacy nie mieli bladego pojęcia, na co stać ich drużynę, dopóki nie zmierzyli się z Kubańczykami w meczu otwarcia; rozegrane przed rozpoczęciem turnieju sparingi z Czechami niczego nam nie wyjaśniły. Nikt – nawet sam Anastasi – nie mógł mieć pewności, czy zespół poradzi sobie bez swojego lidera, Bartosza Kurka, który w ostatniej ligowej potyczce przez rozpoczęciem zgrupowania kadry nabawił się urazu pleców i nie powinien grać w kilku pierwszych meczach. Poza tym, nikt nie miał pojęcia, jak będzie spisywać się drużyna, której grę będzie prowadził Paweł Zagumny, a wiodąca rola w przyjęciu spadnie na barki Michała Winiarskiego – obydwaj za kadencji Anastasiego w kadrze jeszcze nie grali, więc musieli błyskawicznie dostosować się do nowego stylu gry reprezentacji. Jakby tego było mało, trudno było przewidzieć, w jakiej dyspozycji będzie Zbigniew Bartman, który po kilku miesiącach gry na przyjęciu znowu musiał przejąć obowiązki atakującego. Niewiadomych było więcej niż w najbardziej skomplikowanych układach równań.
Zanim jednak zdążyliśmy zorientować się, w jakiej formie znajdują się Polacy, podopieczni Anastasiego odpoczywali po trzech niezwykle cennych zwycięstwach. Ani Kubańczycy, ani Serbowie, ani Argentyńczycy nie zaprezentowali wystarczająco dobrej siatkówki, żeby „Biało-czerwonym” odebrać komplet punktów. Co więcej, dopiero w trzecim pojedynku do zwycięstwa potrzebne były armaty Kurka – wcześniej rewelacyjnie zastępował go Michał Kubiak, który w starciu z Serbami popisał się najefektowniejszym zagraniem w turnieju, wyciągając piłkę znad stolika sędziowskiego.
Potem wznoszeni pod niebiosa siatkarze zawiedli na całej linii. Przegrali bowiem mecz z Iranem, w którym potrafili wygrać seta, oddając rywalowi zaledwie 8 punktów. Co ciekawe, hańbiąca porażka nie przeszkodziła graczom Anastasiego w objęciu prowadzenia w Pucharze Świata – w tej samej kolejce spotkań potknięcie zaliczyła bowiem niepokonana Rosja, która dała się Brazylii zmieść z parkietu. Wydawało się wówczas, że Polacy będą mieć problem z nadrobieniem straconych dwóch punktów z mistrzami Azji, a na dodatek wiele osób obawiało się tego, że nienadzwyczajnie stabilni emocjonalnie reprezentanci popadną w kryzys, z którego ciężko im będzie się wygrzebać; gdyby dopadła ich taka przypadłość, stałoby się to nie po raz pierwszy (w zeszłym roku struchleli po porażce z Brazylią na mistrzostwach świata, a w 2005 r. nie podnieśli się po oddaniu wygranego meczu Serbii i Czarnogórze w półfinale Ligi Światowej).
W Pucharze Świata Polacy także odczuli ten cios, lecz wtedy z pomocą przyszedł kalendarz gier. „Biało-czerwoni” w kolejnych dwóch pojedynkach musieli sprostać słabym Japończykom i równie nienadzwyczajnym Chińczykom. Mimo że grali bardzo przeciętnie, zdołali w obu spotkaniach wywalczyć komplet punktów i odbudować się mentalnie. Potem rozbili Amerykanów, odprawili z kwitkiem Egipcjan i do zakończenia turnieju zostały im spotkania z wielką trójką.
Mecze z Włochami, Brazylijczykami i Rosją rozgrywali w Tokio, jak przystało na starcia, które miały zadecydować o przydzieleniu olimpijskich przepustek. Z Włochami, którzy nam wybitnie nie leżą (na mistrzostwach Europy Włosi, obecnie najlepiej serwujący zespół na świecie, rozstrzelali Polaków w trzech krótkich partiach), Polacy prezentowali się słabo przez dwa sety, ale potem, ku zdumieniu impulsywnych południowców, zaczęli grać na miarę swoich możliwości. Na ratunek drużynie Anastasiego przyszedł Michał Ruciak, który nie tylko okiełznał koszmarnie silne zagrywki Włochów, ale i kończył większość ataków (wykorzystał 8 z 13 prób). Dzięki niemu Polacy wygrali 3:2 i znaleźli się o krok od Londynu, choć w rzeczywistości Tokio i stolicę Anglii dzieli niemal 10 tysięcy kilometrów.
„Biało-czerwoni” musieli jedynie wygrać dwa sety z Rosją lub Brazylią, żeby zdobyć punkt, który uniezależniłby ich od rezultatów innych meczów. Cel ten wypełnili błyskawicznie, wygrywając dwa pierwsze sety w starciu z reprezentacją „Canarinhos”. Polacy przez 45 minut tłamsili mistrzów świata, gnębiąc ich szczelnym blokiem, silną zagrywką, porażającymi atakami ze skrzydeł, zorganizowaną obroną i perfekcją w realizowaniu założeń taktycznych. Te dwie partie wystarczyły im, żeby pokazać niedowierzającemu światu, że są jednym z najlepszych zespołów globu i że awans na igrzyska zdecydowanie im się należy.
Nie trzeba było długo czekać, aby przypomnieć sobie się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Polacy jeszcze nie zdążyli nacieszyć się z wywalczenia przepustek do Londynu, gdy na horyzoncie pojawił się kolejny, nie mniej kuszący cel – zwycięstwo w Pucharze Świata. Do tego potrzebowali naprawdę niewiele, albowiem musieli „jedynie” wygrać brakującego seta z Brazylijczykami i pokonać Rosjan. Wtedy zaczęły się problemy, które rzuciły się przykrym cieniem na kolejny tegoroczny sukces siatkarzy.
Podopieczni Anastasiego rozkojarzyli się i nie sprostali Brazylijczykom, którzy odbudowali się po dwusetowej agonii, a potem polegli 2:3 z Rosjanami, choć w tie-breaku prowadzili już 14:9 i mieli pięć piłek meczowych! Końcowe porażki zostawiły potworny niedosyt, którego po wywalczeniu drugiego miejsca w Pucharze Świata nikt nie mógł się spodziewać.
Tuż po powrocie do Polski siatkarze – trochę dla siebie i swoich rodzin, trochę dla zagłuszenia wewnętrznego dysonansu – zaapelowali, aby zapomnieć o przykrych chwilach w turnieju i skupić się na tym, że wywalczyli awans na igrzyska. W każdej wypowiedzi podkreślali, że chcą nacieszyć się sukcesem i odpocząć po wyniszczającym turnieju, a kiedy nadejdzie odpowiednia pora, zabiorą się za przygotowania do igrzysk. I choć mają rację z tym, że jest to świetny czas na radowanie się z ich osiągnięcia – piękne chwile mają to do siebie, że dość szybko idą w niepamięć – to zapominają o jednym. A mianowicie o tym, że po raz kolejny nie wykorzystali potencjału, jaki w nich od tylu lat drzemie.
Puchar Świata udowodnił, że Anastasiemu udało się zbudować najbardziej wyrównaną drużynę na świecie, w której robi się niemal gęsto od rywalizacji na poszczególnych pozycjach. Gdyby włoski szkoleniowiec znalazł godnych zmienników dla Marcina Możdżonka i Krzysztofa Ignaczaka, mógłby złożyć do FIVB pismo z prośbą, o dopuszczenie do rozgrywek drugiej reprezentacji Polski. A gdy uda mu się popracować nad regularnością w ataku Bartmana, systematycznością Kurka na zagrywce, koncentracją Zagumnego, stanie się szkoleniowcem bezsprzecznie najsilniejszego zespołu na świecie. Już teraz mamy dwóch znakomitych rozgrywających (Zagumny i Żygadło), najlepszych środkowych na świecie (Piotra Nowakowskiego, który w Japonii rozegrał turniej życia, i Możdżonka), wyśmienitego libero (Ignaczaka), bajecznie wyszkolonego technicznie przyjmującego (Winiarskiego) i kandydata na największą gwiazdę światowej siatkówki (Kurka).
Możliwości polskich siatkarzy są gigantyczne, a trzy tegoroczne turnieje, w których za każdym razem znajdowali się na podium, tylko to potwierdzają. Warto przy tym zauważyć, że w Lidze Światowej występowali bez Zagumnego i Winiarskiego, na mistrzostwach Europy oprócz tej dwójki zabrakło jeszcze kontuzjowanego Bartmana, a na Puchar Świata Anastasi zabrał nie w pełni sprawnego Kurka, który przez cały turniej grał znacznie poniżej swoich możliwości.
My, oddani acz krytyczni kibice, musimy wierzyć, że igrzyska będą pierwszą arcyważną imprezą, na której zadziałają wszystkie silniki napędzające reprezentację Polski. Żeby tak się stało, Anastasi i spółka powinni spełnić jeden warunek – muszą być przekonani, że jadą Londynu po złote krążki igrzysk olimpijskich. Dla tej drużyny miejsca na podium stały się już bowiem normą, poniżej której nie wypada schodzić. Jestem święcie przekonany, że wywalczenie olimpijskiego złota pozwoli odpędzić fatum, jakie na polskich siatkarzach ciąży od niemal dziesięciu lat. To przez nie Polacy ciągle zachwycają się wynikami, które dla sportowców tego formatu powinny być nie do końca satysfakcjonujące.
Dodaj komentarz
Komentarze