« Jedenastu gniewnych ludzi

06-01-2012

Upalna zima w światowym sporcie

Miało być nudno, a jest najciekawiej od wielu lat. Tak, w dużym uproszczeniu, można opisać trwający w najlepsze sezon sportów zimowych.

Na wieść o zakończeniu kariery przez Adama Małysza nie spanikowałem tak, jak uczyniła to Telewizja Polska, która wraz z odejściem wiślanina straciła miliony widzów, ale z pewnością posmutniałem, obawiając się, że jakość sezonu sportów zimowych wyraźnie spadnie. Nie miałem ochoty przez kilka miesięcy przyglądać się austriackiej dominacji w skokach narciarskich, norweskiej hegemonii w biegach narciarskich kobiet i biathlonie mężczyzn czy odpychających od telewizora zawodów w łyżwiarstwie figurowym.  (Te dyscypliny zwykle mam przyjemność oglądać najczęściej). Powoli zaczynałem żałować, że piłkarze, tenisiści, siatkarze czy lekkoatleci nie są nadludźmi, którzy mogą umilać życie kibicom przez okrągły rok.

 

Zanim zimowy sezon, który, jak sądziłem, będzie powiewał raczej nudą niż chłodem, rozpoczął się na dobre, pojawiła się pewna nadzieja. Nie uwierzyłem w to, że Kamil Stoch – mianowany w akcie desperacji sukcesorem Małysza – dostarczy wystarczająco wiele emocji, abym musiał z utęsknieniem czekać na kolejny weekend ze skokami, ale nabrałem przekonania, że przynajmniej zmagania w łyżwiarstwie figurowym stanął się o niebo atrakcyjniejsze. Stało się tak, albowiem swój drugi powrót do zmagań z najlepszymi zapowiedział Jewgienij Pluszczenko.

 

Kiedy byłem młodszy, nie mogłem zrozumieć, jak to się dzieje, że niektórzy śledzą z niekrytą ekscytacją zmagania łyżwiarzy i nie zachwycają się tym, co na tafli lodu prezentuje rosyjski arcymistrz łyżew. Z czasem zrozumiałem, że ludzie mają rozmaite gusta, które potrafią się znacznie od siebie różnić, ale nadal nie mogę pojąć, jak można stawiać występy jakiegokolwiek łyżwiarza wyżej od popisów Rosjanina. Pluszczenko jest absolutnym mistrzem łyżwiarstwa, prawdziwym czarodziejem lodu i zaklinaczem łyżew, poetą, który swoje wiersze pisze ostrzem po tafli, zachwyca na polu sportowym, artystycznym i rozrywkowym, więc nie ma możliwości, żeby ktokolwiek (solista, solistka, para sportowa, para taneczna) lśnił jaśniej od niego. Bardzo żałowałem, gdy w wyniku nielogicznego systemu punktowania stracił złoty medal igrzysk w Vancouver, na który zasłużył bardziej niż pozostali uczestnicy zmagań, a następnie po raz drugi w karierze porzucił rywalizację z najlepszymi na rzecz udziału w rewiach zawodowych. Teraz jednak wraca (właściwie już wrócił, po raz 9. zwyciężając w mistrzostwach Rosji) i już za trzy tygodnie powalczy o siódmy triumf w mistrzostwach Europy, do których przystąpi w roli faworyta.

 

Nie zdążyłem nacieszyć się z powrotu Pluszczenki, kiedy swój renesans ogłosił kolejny maestro sportów zimowych. Jaromir Jagr, najlepszy europejski hokeista w dziejach, opuścił Awangard Omsk i po raz kolejny trafił do NHL, zakładając trykot zespołu Philadelphia Flyers. O ile sam powrót Czecha nie dał mi z miejsca powodów do radości, o tyle sposób, w jaki przebiega zaoceaniczne odrodzenia Jagra, wprawia mnie w zachwyt. Genialny czeski hokeista, który jest pięciokrotnym zdobywcą prestiżowej nagrody Art Ross Trophy (dla najlepiej punktującego zawodnika sezonu zasadniczego w NHL), dwukrotnym zdobywcą Pucharu Stanleya, mistrzem olimpijskim i trzykrotnym mistrzem świata, ma już bowiem 39 lat, a to wiek bardzo zaawansowany, nawet dla takiego wirtuoza. Sądziłem, że po powrocie do najsilniejszej ligi świata będzie jedynie piękną laurką – z gracją poruszającą się po lodzie i pozdrawiającą kibiców – ale on niemal od razu pokazał lwi pazur.

 

Ten nieomal emerytowany hokeista wciąż kipi nieodpartą chęcią wygrywania, dzięki której jest jedynym z czołowych zawodników swojego zespołu. W 33 spotkaniach zdobył już 31 punktów (12 goli i 19 asyst), a na dodatek upokorzył zespół, dla którego w latach 90. przenosił góry, czyli Pittsburgh Penguins. Jagr minął dwóch obrońców i pięknym uderzeniem z bekhendu pokonał bramkarza zespołu Pingiwnów, uciszając tym samym niewdzięcznych kibiców, którzy mieszją go z błotem za przenosiny do znienawidzonej przez nich Filadelfii, zamiast dziękować za wszystkie piękne chwile, jakie dzięki niemu przeżyli.

 

Muszę jednak stwierdzić, parafrazując znane przysłowie, że dwie perełki zimy nie czynią. Powroty Pluszczenki i Jagra cieszą – jako że niezwykle cenię wiekowych sportowców, radują mnie zapewne bardziej niż innych – ale nie uatrakcyjniają z miejsca zimowej rywalizacji w sezonie 2011/2012. Na szczęście, ku mojemu zdumieniu, czynią to sportowcy w innych dyscyplinach, które jeszcze przed rozpoczęciem zmagań stawiałem na końcu rankingu atrakcyjności.

 

Obawiałem się, że zmagania biathlonistów będą przesiąknięte bratobójczą batalią Norwegów, którzy w osobach Tarjei Boe i Emila Hegle Svendsena doczekali się następców powoli odchodzącego, choć nadal groźnego dla najlepszych Ole Einara Bjoerndalena. Norwegowie faktycznie spisują się doskonale (Boe jest liderem Pucharu Świata, Svendsen plasuje się na trzecim miejscu), ale do zdominowania rywalizacji wiele im brakuje. Na razie nie pozwalają im na to rywale, wśród których prym wiodą nie mniej utalentowani od Skandynawów Martin Fourcade, w którym Francuzi widzą sukcesora legendarnego już Raphaela Poiree, oraz 22-letni Benjamin Weger ze Szwajcarii.

 

Nawet w skokach, które coraz bardziej przybierają czerwono-biało-czerwone barwy austriackiej flagi, jest zupełnie ciekawie, albowiem Andreas Kofler i Gregor Schlierenzauer toczą pasjonujące boje, w których trudno wskazać zawodnika wyraźnie lepszego. Co więcej, doskonale spisuje się Kamil Stoch, który dzielnie zmaga się z niesprzyjającym losem i masywnym brzemieniem, jakie zrzucił na jego barki ścigający się obecnie na pustynnych obszarach Ameryki Południowej Małysz.

 

Mile mnie zaskakuje także Justyna Kowalczyk, która zgodziła się przyjąć norweską dominację na początku sezonu, żeby w najważniejszej imprezie w cyklu – morderczo trudnym i niezmiernie eksploatującym organizm Tour de Ski – dać Marit Bjoergen popalić, mocno depcząc jej po po piętach. Do końca rywalizacji zostały dwa etapy, a Polka traci zaledwie 7 sekund do Norweżki. Sprawa zwycięstwa w Tour de Ski pozostaje zatem otwarta, choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że niespodzianką będzie to, jeśli Bjoergen nie zakończy rywalizacji z co najmniej pięciominutową przewagą nad Kowalczyk czy Therese Johaug.

 

Z każdym dniem tego sezonu raduję się bardziej, ponieważ zimowa rywalizacja nabiera tempa, a wszystkie najważniejsze rozstrzygnięcia sezonu dopiero się zbliżają. Niemal na każdej sportowej arenie młodzi toczą boje za starymi, cholerycy zmagają się flegmatykami, mistrzowie idą łeb w łeb z kandydatami na mistrzów, a my, widzowie, możemy się tym upajać, nie obawiając się braku wrażeń.

 

Zima nas w Polsce nie rozpieszcza – gdybyśmy nie mieli kalendarzy, sądzilibyśmy, że nadal panuje jesień – i śnieg możemy oglądać głównie w telewizji, więc nie posiadam się z radości, kiedy widzę dyszących z wycieńczenia sportsmenów, z których ust wydobywa się lodowata para. Może to brzmieć nieco sadystycznie, ale, uwierzcie mi, tegoroczna zima dla większości sportowców jest piekielnie gorąca.

Dodaj komentarz

Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Komentarze

Brak komentarzy.