Aktywność po przeszczepie - wywiad z Grzegorzem Perzyńskim cz. 2

Aktywność po przeszczepie
Źródło: 123RF
13 lat temu przeszedł przeszczep wątroby, nam opowiada o swoich sportowych zmaganiach i udziale w triathlonach.
 

Medme: Po przeszczepie żyjesz bardzo aktywnie, sportowo. Czy przed przeszczepem byłeś także aktywny fizycznie?

Tak, właściwie to chyba mam to w genach, zawsze coś tam trenowałem i zawsze były to pasje do szpiku kości. Na początku oczywiście karate jako emanacja zauroczenia sztuczkami pana Lee:), a potem, z jeszcze chyba większą oczywistością, oddałem się bez reszty piłce kopanej, z pewnymi sukcesami,  jak myślę, bo poza regularnymi występami w kadrze byłego Województwa Elbląskiego, a także Makroregionu Pomorze, otarłem się nawet o szeroką kadrę Polski w wieku juniora, że się tak pochwalę, jeśli oczywiście jest czym:). Potem mój ulubiony tatuś za pomocą jednego wysoce wyrafinowanego i dalece wychowawczego gestu a la ex cathedra przesądził o losach mojej dalszej kariery na trawiastych polach piłkarskich. Już po tygodniu nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, bo jeśli przez tyle lat, począwszy od klasy pierwszej szkoły podstawowej, jest się dosłownie zaprzęgniętym w reżim treningowy, co ma znaczący wpływ na poziom szczęśliwości ogólnej, to mięśnie krzyczą z bólu, że je nic nie boli i domagają się wykonania pewnej określonej pracy. Zacząłem wtedy częściej odwiedzać basen, bo od dawna lubiliśmy się z wodą i sprawiało to nam wzajemną radość, tym bardziej że w tej wodzie starałem się utopić psychiczne rany po tak nieoczekiwanym jak brutalnym rozstaniu z futbolem nieamerykańskim. Na początku lat 90. po raz pierwszy zobaczyłem w telewizji triatlon, nazywany przez moja mamę trójbojem, i ten wariant lubię bardziej:). Oszalałem z miejsca. Jeździłem potem na rodzinnym góralu, z uchwytami pionowo mocowanymi na końcach kierownicy i udającymi lemondkę, oraz w kąpielówkach, na pobliskie jeziorko czując się wniebowzięty, jakby trenując tzw. triatlon. Nigdy nie zapomnę tych emocji:). W 2005 r. w Londynie, po raz pierwszy widziałem zawody triatlonowe na żywo. Jest to cykliczna impreza odbywająca się od wielu lat. Mnóstwo zawodników zarówno zawodowców jak i amatorów, ich znajomi, rodziny, niemożliwy doping i ta niebywała atmosfera, o sprzęcie nie wspominając. Zastanawiałem się wtedy, czy taki obrazek zawiśnie gdzieś kiedyś w tej niełatwej Polsce... Następnego lata pojechałem do Ostrzyc na Kaszubach, bo tam miały się odbyć zawody.  W tym samym roku, albo następnym, byłem też w Malborku na legendarnych już zawodach, jako obserwator oczywiście. Nie muszę dodawać, jakie to były dwa różne światy pod względem organizacyjnowszelakim, ale moje emocje naprawdę nie były mniejsze! Teraz nie mamy się czego wstydzić, bo organizacja imprez triatlonowych w Polsce nie tylko dorównuje, ale i niekiedy przewyższa poziomem te z tzw. Zachodu.

Zobacz też: Sport po przeszczepie serca

W każdym razie nie jestem triatlonowym neofitą, który kierując się współczesnymi modami i spełniając społeczno-towarzyskie oczekiwania oraz wszechogarniające zapotrzebowanie na lans, nagle dołączył do kolejnych zastępów tzw. twardzieli, co to muszą w jakiś sposób podbijać od czasu do czasu swoje atawistycznie postrzegane męskie ego, bo teraz każdy chce być ajronmenem!!!, cokolwiek to znaczy, i to obowiązkowo uwiecznionym na kilometrowych zwojach pięknych „foć”, obnosząc się przy tym wszystkim, czym tylko można. Znam osobiście takich kilku, więc doskonale wiem, na czym to polega. Ale skoro to taka ich droga do spełnienia, to kto im zabroni? Niestety, coraz trudniej spotkać ludzi autentycznych, którzy mają prawdziwą i nieprzyklejona pasję, i owładnięci którą, nie mają potrzeby afiszowania się z tym wylewnie, a po prostu robią coś dla siebie, bo to właśnie czują. Ale wróćmy zatem do trójboju..:)

Sport po przeszczepie

Medme: I po przeszczepie postanowiłeś zrealizować swoje marzenie o triatlonie?

I tak, i nie:). Moje starty w triatlonach bynajmniej nie wynikają z tego, że będąc po takiej operacji teraz postanowiłem udowodnić sobie i innym, że nie jestem gorszym człowiekiem, pomijam kwestie definicji dobrego i gorszego człowieka, z powodu doświadczeń medycznych, i zrobię coś spektakularnego, żeby się poczuć lepiej. Dobrze wiem, że są tacy ludzie, którzy działają właśnie w ten sposób i ja to staram się zrozumieć, choć uważam, że takie podejście grozi chorą ambicją i trzeba bardzo na to uważać, bo to może być bardzo niebezpieczne.

A wracając do siebie, transplantacja niczego nie zmieniła w kwestii mojej pasji do tej dyscypliny. Po prostu obecnie jest możliwość startowania dla takich amatorów jak ja i póki będę się czuł na tyle dobrze, że będę mógł się w to bawić, to tak z pewnością będzie, tym bardziej, że poważnie myślę o podjęciu działania na rzecz ogólnie transplantacji w powiązaniu również z moim uczestnictwem w imprezach głównie triatlonowych w kraju i zagranicą, bo jestem ewidentnie dobitnym przykładem gościa, który swoje życie zawdzięcza właśnie tej niewiarygodnej, medycznej maestrii, jaką jest niewątpliwie transplantacja organów. Moje pierwsze zawody odbyły się niedaleko Ostrzyc w 2012 r. W czasie całego wyścigu nie mogłem uwierzyć, że po tylu latach fascynacji tą horrendalnie niesamowita dyscypliną, jestem tu i teraz, jako jeden z zawodników imprezy triatlonowej!! Kiedy wspominam, to co czułem po przekroczeniu mety, w związku z faktem właśnie samego uczestnictwa, ale przede wszystkim, w kontekście zbliżającej się 10 rocznicy moich drugich narodzin, a także ogarniających mnie wtedy reminiscencji właśnie sprzed tych 10 lat, gdzie poddany zostałem niewyobrażalnej próbie fizyczno-mentalnej, na co moje oczy zareagowały dość wzniośle i bynajmniej nie na sucho, czego pierwszą ofiarą stał się ociekający niemalże medal ukończenia zawodów, to wzruszam się niemało, jakby to się działo dziś.

Zobacz: Sztuczne serce prawie jak prawdziwe. Przełomowy przeszczep

Medme: Lekarze nie mają nic przeciwko temu, że tak forsujesz organizm. W końcu triathlon to sport dla twardzieli.

Chyba nie bardzo w ogóle rozumiem pojęcie twardziela, a tym bardziej całej masy rozlicznych zabiegów dokonywanych przez wiele jednostek wybitnych aspirujących do takiego miana:). Na szczęście nigdy nie czułem takiej potrzeby, by się wokół tego kręcić. Ale wracając do pytania, bo to arcyważne pytanie, mógłbym w pewnym sensie chcieć odwrócić to pytanie i zapytać, czy gdybym nie poświęcał tyle czasu na wszystko, co się wiąże z rzeczoną dyscypliną włącznie ze startami i treningami zwłaszcza, czy prowadził zupełnie inny tryb życia w sensie ogólnym, to czy miałbym takie same, wręcz książkowe wyniki na kontrolach lekarskich? Na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi, bo nie może znać. Poza tym każdy przypadek jest jak zwykle bardzo indywidualny. Nikt nie może zagwarantować niczego i trzeba umieć z tym żyć. Medycyna rozwija się w tak szaleńczym tempie, że można mieć nadzieję na jeszcze lepsza immunosupresję, procedury medyczne itd. Staram się zachowywać w miarę racjonalnie, a przynajmniej tak mi się wydaje, i w każdej chwili mojego wysiłku nie wolno mi zapomnieć o tym, co mi się kiedyś przytrafiło. Dlatego nie zmuszam swojego organizmu do maksymalnych osiągów, mogę powiedzieć, że jak do tej pory, jedynie uczestniczyłem w tych wszystkich zawodach na około 75-80 % swoich możliwości, praktycznie nigdy się nie ścigając ani z konkurencją czy z własnym czasem, choć myślę, że znalazłby się niejeden, kto chciałby pokonać tzw. połówkę ironmana w 6 godzin i 15 minut z niemałym poczuciem zrelaksowania zaraz za metą, co miało miejsce w 2013 roku podczas Herbalife Gdynia. I mam na to świadków:) Tak naprawdę jedyną rzeczą, którą kontroluję w trakcie zawodów, to moje tętno. Wynik czasowy dla mnie ma zupełnie wtórne znaczenie, chociaż myślę, że za jakiś czas mógłbym powalczyć o lepsze miejsca, adoptując powoli mój organizm do jeszcze większych wyzwań, bo wiem, że posiadam jeszcze dużo rezerwy. Ale ja niczego nie muszę, mam kompletny komfort braku jakiejkolwiek presji. Każdy kolejny, zwykły dzień nawet bez fikania na treningach czy bez innych, większych doznań, powinien być dla mnie kolejną dawką radości, że w ogóle mogłem wiedzieć, że to był kolejny dzień. Łapie się czasami na tym, że zapominam o tym pamiętać, ale paradoksalnie, świadczy to o tym, że tak dalece wkomponowałem się w rzeczywistość swojego drugiego żywota, że teraz konsekwencje tego horroru z 2002 roku są praktycznie niezauważalne. Poza oczywiście „mercedesem” na brzuchu, czyli chirurgicznym piercingiem (wspominałem już, że oddałem się ekipie banachowych artystów, z magikami anestezlologii włącznie), oraz immunosupresją, czyli codziennym łykaniem dawki medykamentów. Ale wracając do pytania, wspominałem już niejednokrotnie swoim lekarzom prowadzącym o moich triatlonowych wygłupach i nigdy nie usłyszałem jakiegoś sprzeciwu z ich strony, tym bardziej że wpisywane przez nich do historii choroby aktualne wyniki nie budziły niepokoju. Zresztą nie jestem jedyny, który przeszedł kiedyś remont kapitalny i oddaje się sportowym figlom bez reszty. Istnieje Polskie Stowarzyszenie Sportu Po Transplantacji pod opieką znanego transplantologa pana profesora Andrzeja Chmury, do  którego należą, nomen omen, pacjenci po transplantacji, którzy to biorą udział w rozlicznych zawodach w kraju i zagranicą, z niemałym powodzeniem. Może kiedyś trafię tam i ja. Jak będę dobry, rzecz jasna:). I mam cichą nadzieję, że jest to dość realne, jak również regularne  poprawianie swoich wyników triatlonowych, tym bardziej, że od lipca zacząłem współpracę z Jakubem Czają, byłym olimpijczykiem, reprezentantem kraju w biegach długodystansowych, a także doktorem farmacji, ale przede wszystkim, po prostu świetnym gościem. Od wielu lat zajmuje się również triatlonem. Kiedy spotkałem się z nim pierwszy raz i opowiedziałem o swoim pomyśle na pewną promocje idei transplantologii w Polsce poprzez, między innymi, mój udział w imprezach triatlonowych, intuicyjnie wyczułem od samego początku, że przyjmie to z niemałym entuzjazmem, a pewne konkluzje po naszym spotkaniu jedynie to potwierdziły. To niewątpliwie dla mnie ogromny zaszczyt móc współpracować z takim trenerem.

Badania kontrolne po przeszczepie

Medme: Jesteś pod kontrolą lekarzy?

Cały czas, od początku co trzy miesiące jeżdżę do Warszawy na kontrolę. Mam świetne wyniki, czuję się fantastycznie. Myślę, że niejeden zdrowy człowiek chciałby się tak czuć jak ja teraz. Zatem może wypada zapytać, czy ja jestem niezdrowy? To chyba taka hybryda jednego i drugiego.

Medme: Jakie masz cele, zamierzenia?

Długoterminowo,chciałbym zwrócić innym uwagę na to, że można żyć aktywnie, nawet po takiej operacji, chociaż wiadomo, nikt nie musi zaraz walczyć w trójboju..., można robić cokolwiek.

Pragnę przekazać wszystkim ludziom tuż przed przeszczepem, czy zaraz po, aby się nie poddawali. A ludzi zdrowych uczulić na możliwość pomocy, chociażby przez zadeklarowanie podzielenia się organami. A jeśli chodzi o najbliższe plany, to w sobotę jadę na przejażdżkę, czyli koncert RIDE na OFF Festival w Katowicach. To jedna z tych kapel, obok np. The Stills, Athlete, Kent, Gene, The Smiths, Stone Roses, czy genialnych Doves, by wymienić kilka, które potrafią wznieść człowieka na niewyobrażalny poziom dźwiękowych doznań, choć to dość, w wielu przypadkach, niełatwa muzyka. Ale polecam! Chociaż może lepiej nie wszystkim:)

Dziękuję bardzo za ten wywiad oraz zainteresowanie tym poważnie ważnym tematem i przepraszam z góry jeśli kogoś uśpiłem tymi, może czasami, zbyt nudnawymi wynurzeniami:)

Zovacz też: Transplantacja szansą na zdrowie

Oceń artykuł

(liczba ocen 15)

WASZA OPINIA JEST DLA NAS WAŻNA