Celiakia nie jest aż taka straszna

Zaczęło się od nieco czerstwej skórki chleba. Kiedy nikt nie patrzył, porwałam ją ze stołu i w miarę spokojnie opuściłam kuchnię. W przedpokoju dodałam gazu i ślizgając się w dziecięcych rajtuzkach, wpadłam do salonu, gdzie ukryłam się za fotelem. Z nabożną miną zaczęłam przeżuwać zdobycz, delektowałam się każdym, oszczędnym kęsem. Mimo że smak suchego pieczywa niespecjalnie zachwycał, dla mnie był najlepszy pod słońcem.

Potem pojawiła się cała reszta. Ciastka z cukrem, biszkopty, słone paluszki, tosty z serem, panierka na kotlecie de volaille, pampuchy z sosem czekoladowym, müsli, uszka w wigilijnym barszczu, placki ziemniaczane, pizza, makaron spaghetti, tarta malinowa, babeczki kajmakowe, pierożki won-ton… wszystko pachnące, chrupiące i hipnotyzujące. Wszystko po kolei wpisywane na „czarną listę” produktów, których nie wolno mi jeść. Tę samą, na której szczycie widnieje moja pierwsza, zjedzona w tajemnicy skórka od chleba.

Co to jest celiakia

Celiakia. Nietolerancja glutenu, czyli białka obecnego w czterech zbożach – pszenicy, jęczmieniu, życie i owsie – a tym samym niemal we wszystkim, co nadaje się do jedzenia. A przynajmniej w tym, co powszechnie uważa się za smaczne i pożywne.

Sprawdź: Przyczyny powstawania celiakii

Nie pamiętam dnia diagnozy. Prawdopodobnie w chwili, gdy zapadał wyrok, spałam w najlepsze w wózku. Lekarze mieli ułatwione zadanie – nietolerancja glutenu pośród członków mojej rodziny jest równie popularna, jak brązowe włosy. Wystarczyło kilka istotnych faktów: wzdęty i obolały brzuszek, chroniczna biegunka, utrata masy ciała, anemia, skaza białkowa. Zalecenia były oczywiste – koniec z produktami zawierającymi mąkę, wzbogacenie diety o odżywki. W przeciwnym wypadku dojdzie do poważnego uszkodzenia układu pokarmowego, a dokładniej do znacznego pomniejszenia liczby kosmków jelitowych niezbędnych do pobierania wartości odżywczych ze spożywanych pokarmów.

Niechęć do jedzenia

Moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem niechęci do jedzenia. Dieta bezglutenowa wiązała się z czymś, co dla małej dziewczynki mogło kojarzyć się z wrogim reżimem. Każdy dzień zaczynał się od kaszy kukurydzianej z obowiązkowym dodatkiem bezmlecznej odżywki. Danie było wprost wyśmienite i zasługiwało na kulinarnego Nobla – przybierało postać żółtawej, gęstej brei o mdłym smaku. Miało za to dobry wpływ na podrażnione jelita. Następnie przychodził czas na kubek siemienia lnianego, które dla większości ludzi jest trudne do przełknięcia ze względu na swoją glutowatą konsystencję. Pora obiadowa przynosiła chwilową ulgę, gdyż z reguły mogłam jeść to, co reszta domowników – gotowane mięso, warzywa, ryż, niezagęszczane zupy. Pamiętam, że następna w kolejce była kostka czekolady (taka codzienna nagroda za żywnościowe bohaterstwo). Podwieczorek oznaczał kolejny kubek siemienia lnianego i owoc, natomiast na kolację znów trzeba było zjeść kaszę.

Zobacz także Przyczyny powstawania celiakii.

Po kilku latach mdły zapach kukurydzianej papki zaczął u mnie wywoływać odruch wymiotny (co trwa do dziś). Wtedy też rodzice rozpoczęli okres kuchennych eksperymentów, z których powstał nieporadny chleb bezglutenowy i toporny, twardy makaron. W sklepach i restauracjach nikt nie słyszał ani o celiakii (większość kojarzyła tę nazwę z jakąś egzotyczną odmianą agawy), ani o produktach bezmącznych.

Im byłam starsza, tym bardziej doskwierały mi ustanowione w przeszłości zakazy. W szkole koledzy z zapałem pałaszowali kanapki, objadali się ciastkami, w stołówce zamawiali zapiekanki i hot dogi. Coraz trudniej było oprzeć się pokusie, tym bardziej że wielu smaków nawet nie mogłam sobie wyobrazić. Nie pamiętam dnia, w którym pierwszy raz kupiłam na długiej przerwie bułkę z serem i dwie paczki chipsów. Pamiętam za to, że przypłaciłam to nieprzespaną nocą i wymiotami (któryś z tych produktów musiał być niezbyt świeży, a żołądek chorego na celiakię jest wyjątkowo delikatny). Pamiętam też, że byłam zdziwiona faktem, że mimo zjedzenia pieczywa nie cierpiałam na typowe dla mnie objawy. Za jakiś czas powtórzyłam test (tym razem bez smażonych na starym tłuszczu chrupek), a potem znowu, i jeszcze raz. Zaobserwowane przeze mnie symptomy były o wiele słabsze niż kiedyś. Praktycznie minimalne. Mój zachwyt mieszał się z obawami, niedowierzaniem i podnieceniem na myśl o tych wszystkich rzeczach, których wcześniej nie mogłam nawet nadgryźć.

U lekarza

Wizyta u lekarza wszystko wyjaśniła. W okresie dojrzewania nietolerancja glutenu zanika – albo na kilka lat, albo na zawsze. W moim przypadku spokój oznaczał dziesięć lat bogatych w pizzę, ciasta z kruszonką i mączne przysmaki.

Zobacz: Jak się diagnozuje celiakię?

Po kilku latach błogiej rozpusty zdążyłam zapomnieć o problemie z dzieciństwa. Z jakiegoś powodu pomyślałam sobie, że zakończenie tej historii będzie brzmiało: „I żyła długo i szczęśliwie, i jadła pierogi ruskie po kres dni”. Jednak były to płonne nadzieje, gdyż na drugim roku studiów stan mojego zdrowia znacznie się pogorszył. Zaczęłam chudnąć, pojawiły się okrutne bóle brzucha – tak silne, że robiło mi się gorąco przy każdym skurczu jelit. Zaczęły wypadać mi włosy, na dłoniach pojawiły się szorskie miejsca typowe dla skazy białkowej. Wszystko, co jadłam, podrażniało mi układ pokarmowy. Przypisywałam to wielu czynnikom – poza dawno zapomnianą celiakią.

Wreszcie, kiedy waga wskazała 45 kilogramów, w trakcie sesji egzaminacyjnej wróciłam do rodzinnego miasta. Tam wybrałam się do lekarza, który skierował mnie na kompleksowe badania i przy okazji porządnie nastraszył. Bez słowa (czyt. marudząc i złorzecząc) poddałam się gastroskopii i biopsji jelita cienkiego. Diagnoza była równie szybka jak za czasów dziecięcych – nawrót nietolerancji glutenu.

Dieta w walce z celiakią

Po kilkunastu miesiącach ścisłej diety, zażywania odżywek i specjalnej mieszanki ziołowej udało mi się opanować sytuację. Powróciłam (choć z trudem) do swojej normalnej wagi, zaopatrzywszy dom w produkty bezglutenowe, których z dnia na dzień jest na rynku coraz więcej. Na sklepowych półkach właściwie niczego nie brakuje – regularnie kupuję makaron, pieczywo, ciastka i różne rodzaje mąki oznaczone znaczkiem „Gluten Free” (na polskim rynku dostępna jest na przykład mąka ryżowa, kukurydziana i gryczana). Producenci stale doskonalą receptury, dzięki czemu produkty są coraz bardziej smaczne. W Internecie znalazłam mnóstwo przepisów na bezglutenowe wypieki, które powstają w niedawno zakupionej maszynie do pieczenia chleba i z każdym dniem stają się coraz bardziej zjadliwe; ważne, że niegdyś obowiązkowa kasza kukurydziana to już tylko niemiłe wspomnienie. Oprócz tego muszę unikać picia piwa i alkoholi wysokoprocentowych. Pozostaje mi więc upolować bogatego męża, który wyposaży spiżarkę w kilkudziesięcioletnie, wykwintne wina.

Sama celiakia zelżała. Bywają dni, w które mogę sobie pozwolić na zjedzenie pączka lub kilku ciastek korzennych. Być może nie brzmi to zachęcająco dla osób postronnych – mnie jednak najzupełniej wystarcza.

Nietolerancja glutenu ma też swoje dobre strony. Podobnie jak każda dieta dieta bezglutenowa pozwala kontrolować wagę, a także skłania do eksperymentów kulinarnych i spożywania zdrowszych produktów. Na dodatek oducza nawyków opychania się byle czym i w biegu.

Za każdym razem, gdy tłumaczę komuś, dlaczego nie mogę zjeść z nim pizzy albo wielkiego kawałka ciasta w kawiarni, wyczuwam rozczulające współczucie, na jakie może się zdobyć tylko prawdziwy łakomczuch. Jeśli wdaję się w szczegóły mojej historii, w pewnym momencie zawsze pada pytanie: pewnie chciałabyś mieć znów takie 10 lat przerwy od celiakii, prawda? Zwykle odpowiadam „nie”. Bo niby dlaczego? Przecież nie jest źle. Przecież niczego mi nie brakuje.

Przecież nie taka celiakia straszna.

Zobacz: Dietoterapia w celiakii

Oceń artykuł

(liczba ocen 15)

WASZA OPINIA JEST DLA NAS WAŻNA