Depresja widziana oczyma blogerek


 
Starszy niż rok
Zarówno o depresji sezonowej, jak i własnych zmaganiach z tą chorobą piszą Internautki.

Czujesz się ''pusty'', nic Ci się nie chce, każdy osądza Cię o lenistwo... Nie masz na nic sił, sądzisz że jesteś wszystkiemu winien... ''Jestem do niczego''- to są słowa, które powtarzasz sobie codziennie...mówiąc Depresja">depresja ''jest takim stanem psychicznym, w którym chory ma głębokie poczucie braku sensu życia i postrzega świat w szarych barwach". Jednak rzeczywistość jest gorsza co do naukowych określeń depresji. Czujesz się ''pusty'', nic Ci się nie chce, każdy osądza Cię o lenistwo... Nie masz na nic sił, sądzisz że jesteś wszystkiemu winien... ''Jestem do niczego''- to są słowa, które powtarzasz sobie codziennie...

Jak widzę depresję osoby nią dotknięte?

Blogerka Shopie tak opisuje swój stan:

Mam: rodziców, którzy mnie kochają, rodzeństwo i mnóstwo kuzynów, pełno cioć i wujków, Jego, psa, pracę, studia...chyba sporo? No właśnie... Nie mam: radości życia, sensu istnienia, pewności jutro, przyjaciół, pewności siebie. Oddam wszystko, co mam w zamian za miłośc, przyjaźń, poczucie własnej wartości i troszeczkę szczęścia

Z kolei Agata pisze:

Patrząc z niemal rocznej perspektywy wiem, że na pojawienie się ciężkiej depresji w moim życiu miało wpływ wiele czynników, m.in. wychowanie w rodzinie alkoholowej, autodestrukcyjne zachowania typowe dla DDA, urodzenie dziecka i konieczność poradzenia sobie w nowej roli, ślub, kredyt mieszkaniowy i pewnie wiele innych. Nieważne, najważniejsze, że zdecydowałam się na psychoterapię, trochę żałuję, że tak późno, ale widzę niesamowite efekty. Pisałam już w pierwszym poście tego bloga, jak jest teraz i nie chcę się powtarzać. Co według mnie najistotniejsze - psychoterapia jest naprawdę dla każdego, nie tylko dla psycholi i jak mówi moja terapeutka, nie trzeba być na kompletnym dnie, żeby musieć z niej skorzystać. Czasem warto zrobić to dla samego siebie.

Na blogu „Walczę z depresją” czytamy

Wiosną tego roku robiłam parapetówkę. Wynajęłam pokój u koleżanki. Upiłam się i w przypływie alkoholu wyznałam kumplowi, że leczyłam się na depresję. Nie wyśmiał mnie, ale wyłożył mi swoją teorię. Mianowicie: że depresja nie istnieje. Przysięgam, miałam ochotę wyrzucić go z balkonu. Stwierdził, że depresja to jedynie kwestia podejścia do życia. Oczywiście, tak, jak najbardziej. Chrzań się, pomyślałam, w końcu nie ty męczyłeś się z lekami i lekarzami przez rok. Na drugi dzień wysłał mi serię linków potwierdzających jego tezy. Głównie do artykułów w portalach pseudo-psyche. Całe szczęście szybko o sprawie zapomniał. Dużo później przyznał, że jego była dziewczyna miała podobny problem, co ja. Inny mój kolega wyznał mi, że jego była dziewczyna (znamienne te byłe dziewczyny trochę) bardzo długo walczyła z nerwicą. I że on to znosił: wspierał ją, namawiał na wizyty u lekarza, znosił jej napady histerii. Nie wiem, ile w tym prawdy, z drugiej strony nie mam powodu, by mu nie wierzyć. W każdym razie dziewczyna później go rzuciła. Ja o swojej (wyleczonej już) chorobie nic mu nie powiedziałam. Kto wie, może ma chłopak traumę. Więc gdzieś ta depresja jest, faktycznie. Teraz sobie uświadamiam, że nie byłam z tym sama, choć oczywiście w trakcie leczenia nie myślałam o tym w ten sposób. Albo może nie spotkałam odpowiednich ludzi, którzy by mnie uświadomili, że nie jestem jedyna, że są tacy, co sobie poradzili, że ja też będę mogła. Przeczytałam dziś wszystkie notki na tym blogu, niewiele ich jest. Miałam ku temu pretekst, ostatnio miałam kolejną rozmowę o depresji. Poprzedzoną wątpliwościami, czy powinnam się do tego przyznawać. Ale spotkałam się ze zrozumieniem. Powoli odzyskuję wiarę w ludzi. Ponad rok po odstawieniu leków mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że czuję się dobrze, bardzo dobrze. Nie jestem już słaba. Odzyskałam pewność siebie, jestem aktywna, spotykam się z przyjaciółmi, poznaję nowych ludzi. Chłonę od innych sposoby na życie, uczę się ciągle empatii, wrażliwości, mam coraz więcej pomysłów na siebie. Bywają gorsze dni, wrzesień i październik były dla mnie bardzo smutnymi miesiącami. Ale wiem, że dam sobie radę - w końcu kto, jak nie ja?

Czytaj też: Poznaj groźne oblicze depresji


"Pani lęk" o swojej depresji  pisze:

Nie wiem, czy już zupełnie wyszłam z depresji, ale zdecydowanie jest już lepiej. Poszłam do lekarza, dostałam sertralinę i z dnia na dzień stała się jasność. Nihilizm minął. Wyobraźcie sobie jednak moją duszę sparaliżowaną, siedzącą na wózku inwalidzkim, niemającą siły na jakiekolwiek poruszenie, zakorzenioną w głębokiej melancholii i chytrze pragnącą śmierci i planującą egzekucję. Ewidentnie chorą. Czy można tego nie zauważyć? Nie doznałam ani jednego gestu troski ze strony mojej rodziny. (…)Czy to nie jest przytłaczające, być w silnej depresji zupełnie samemu? Każde moje słowo, każda skarga na ból duszy lub ból rzeczywistości są interpretowane jako poszlaka dręczących mnie demonów. Boję się potwornie każdej rozmowy, którą muszę przeprowadzić z mamą, boję się wówczas każdego mojego gestu, każdego grymasu mimiki, każdego poruszenia, bo mama we wszystkim tym widzi pochłaniające mnie demony. Gdy jestem w taki sposób interpretowana, czuję się kimś do szpiku złym, który by dopuścił się najgorszych występków. A przecież ja nic złego nie zrobiłam, jestem okruchem kruchości i delikatności. Przyrzekam, jestem niewinna, choć nie ukrywam, że cierpię i może bardziej niż inni potrzebuję empatii. A przecież to chyba nie wcale takie trudne, wystarczyłby może mail ze świadectwem zrozumienia, z ciepłem w słowach, z miłością.

Jak radzić sobie z depresją? - Przeczytaj  koniecznie Temat tygodnia:  "Nie daj się depresji sezonowej "

Zobacz: Depresja sezonowa – jak ją rozpoznać?