Moje dziecko z probówki

Starszy niż rok

Ocena użytkowników

(liczba ocen 3)

Joanna stawiła czoła nie tylko problemowi bezpłodności ale i oporowi krewnych, którzy sprzeciwiali się zapłodnieniu metodą in vitro.

Nasza rozmówczyni Joanna stawiła czoła nie tylko problemowi bezpłodności ale i oporowi krewnych, którzy sprzeciwiali się zapłodnieniu metodą in vitro. Oto jej wspomnienia

Moja historia pokazuje, że czasem trzeba realizować marzenia wbrew najbliższym. A marzeniem moim i mojego męża, Olafa, było posiadanie własnego dziecka.

Pobraliśmy się 7 lat temu. Miałam 23 lata, Olaf jest starszy o 5 lat. Poznaliśmy się podczas targów budownictwa, jestem przedstawicielem handlowym jednej z firm a Olaf, z pochodzenia Czech, jest architektem. No i wiadomo jak to jest, miłość od pierwszego spojrzenia, spotkania, ślub. A potem czekanie na upragnione dziecko.

Oboje pochodzimy z rodzin wielodzietnych, chociaż moja była liczniejsza, bo mam 2 siostry i 2 braci, Olaf „tylko” 2 siostry i 1 brata. Dzięki doświadczeniom z dzieciństwa, słowa dom i rodzina kojarzyły się z gwarem, z dziećmi, tłokiem. Jak mówi Olaf – „z wieloma talerzami na stole”.

Czytaj też: Kiedy najlepiej zajść w ciążę?

Coś nie grało

Zaplanowaliśmy sobie trójkę dzieciaków. Zwłaszcza że oboje nieźle zarabiamy. Nie są to jakieś kokosy, jednak na tyle dobrze, aby móc marzyć o trójeczce.
Minął jednak rok, zaczął się drugi… I nic. Już zrozumieliśmy, że coś nie gra. W końcu poszłam do ginekologa i oczywiście dostałam skierowanie na badania. Po wyniki wybraliśmy się razem. I razem przeżyliśmy szok. Okazało się, że mam niedrożne jajowody. Lekarz rozłożył ręce: – Cuda się niby zdarzają, ale… Możecie się ewentualnie państwo zastanowić nad zapłodnieniem in vitro.

Po powrocie do domu, przygnębieni, do późna rozważaliśmy za i przeciw. Dziecko „z próbówki”? Ale tak naprawdę już wtedy szala przechyliła się „za”. W końcu mąż powiedział: - Kochanie, przecież i tak będziemy musieli przeprowadzić badania czy możemy skorzystać z tej metody. Najpierw więc je przeprowadźmy a potem zdecydujemy.

Znowu seria badań: ginekologicznych, hormonalnych, badanie nasienia, ultrasonografia… Tym razem były powody do zadowolenia, bo wyniki nie wykazały ani potrzeby wykonywania dodatkowych badań ani żadnych przeciwwskazań aby skorzystać z in vitro.

Awantura przy stole

I wtedy zaczęła się walka na innym froncie. Tutaj małe wyjaśnienie: pochodzę z rodziny bardzo tradycjonalistycznej, katolickiej. Dlatego rodzicom, rodzeństwu i krewnym nie mówiłam że przymierzamy się do zapłodnienia in vitro. Jednak powiedziałam o tym koleżance, a ta spotkała na ulicy moją siostrę, przed którą „wysypała się”, o czym nie wiedziałam.

Pewnej niedzieli wpadliśmy do moich rodziców na obiad. A tu cały rodzinny zjazd. Dość powiedzieć, że w powietrzu fruwały takie słowa jak „grzech”, „diabeł”, „dziwactwo”, „piekło”, „mutant”, a nawet „hańba”. Towarzyszyły im nawoływania abyśmy dalej próbowali „po bożemu” i że skoro moje siostry i bracia dochowali się dzieci, to pewnie coś z Olafem nie w porządku. A mąż siedział, słuchał i miał oczy jak spodki. W ogóle nie rozumiał o co chodzi. W końcu miałam dość tej awantury i powiedziałam że wychodzimy. – Jak zrobicie in vitro, nie chcę was tu więcej widzieć! – krzyknął ojciec.

Połykając łzy, poszłam z mężem do domu. Z jednej strony czułam wściekłość, z drugiej było mi szalenie przykro, bo to jednak rodzina… Ale decyzji nie zmieniłam.

Test ciążowy

Myślę, że nie ma sensu opisywać kolejnych etapów procesu zapładniania, bo na ten temat jest sporo rzetelnych informacji w internecie. W każdym razie wiązało się to z częstymi wizytami w klinice no i z kosztami, bo zapłodnienie in vitro nie jest w Polsce refundowane a trzeba było płacić za pobranie komórek, zapłodnienie i hodowlę w laboratorium, transfer zarodków, oznaczanie hormonów, badanie USG, oznaczenie BHCG i parę innych zabiegów, jak też za takie środki wspomagające, jak progesteron.  

Po 10 dniach od transferu zarodka zrobiłam test ciążowy. Lekarze oczywiście ostrzegli że nie zawsze pierwsza próba zapłodnienia kończy się pozytywnie, dlatego odczytywałam test w napięciu. No i co będę dużo mówić, test wykazał, że jestem w ciąży! Wybuch radości, mąż wniebowzięty, oboje z „bananami” na twarzach, okrzyki radości, świat nam od razu wypiękniał.

W czasie kolejnych miesięcy systematycznie chodziłam na badania a mąż w tym czasie przygotowywał dom na przyjęcie maleństwa. Podczas badania USG okazało się, że maleństwo będzie córeczką, której od razu nadaliśmy dwa imiona: Katarzyna i Anna. Czyli Kasia i – z czeska – Andulka.

Poród odbył się bez komplikacji. Dziś nasza Kasieńka, nasza Andulka, skończyła już 3 lata, chowa się zdrowo. A moi krewni? No cóż, nie kontaktujemy się. Trudno. Może się przełamią, czas swoje robi… Ale co tam. Patrząc jak moja córeczka chodzi, śmieje się, śpi, wiem, że dobrze zrobiłam.

Zobacz też: 
Czego nie jeść w ciąży?

Opinia specjalisty.

Lek. med. Wojciech Gontarek, specjalista ginekolog-położnik

W Polsce rocznie dzięki In vitro rodzi się od 3 do 4 tysięcy dzieci. Na świecie przyszło tym sposobem 3,75 mln. Decyzja o in vitro powinna zostać podjęta wspólnie z lekarzem. Powinna być poprzedzona wywiadem i badaniami, które jednoznacznie wskażą tę metodę jako właściwą osiągnięcia ciąży. Dokładna wiedza na temat procedury in vitro pozwala pacjentom podchodzić świadomie i odpowiedzialnie do każdego z etapów.

Źródło: Medme.pl

Przeczytaj całą opinię eksperta

Przeczytaj wszystkie opinie eksperta

Temat miesiąca: Skuteczne sposoby na ból gardła