Zwichnięcie stawu skokowego, nowa terapia i placebo


 
Starszy niż rok

Ocena użytkowników

(liczba ocen 3)

Zwichnięcie stawu skokowego to bolesna kontuzja. Zwłaszcza, gdy dochodzi do niej pierwszy raz. Przeczytaj historię Michała

Nowoczesne metody próbują pomóc poszkodowanym, jednak by weszły na rynek – muszą przejść przez testy. Uczestnikiem jednego z takich testów, za namową szpitalnego ortopedy był Michał. Dziś dzieli się swoimi wrażeniami z Medme.pl

Staw skokowy pierwszy raz zwichnąłem sobie w 2006 roku. To były obowiązkowe dla mojego trybu i kierunku studiów zajęcia wychowania fizycznego. Udało mi się załapać do grupy trenującej piłkę nożną. Cieszyłem się z tego, bo niełatwo było się tam dostać, a miałem w tej grupie kilku kolegów. Mimo, że nie należę do najlepszych „w nogę”, zajęcia sprawiały mi przyjemność, wiadomo – ruch, męski sport, sympatyczne towarzystwo i trochę rozrywki. Pewnego dnia stało się. Podczas niezbyt agresywnego, ale jednak nagłego starcia z przeciwnikiem, źle stanąłem. Trudno to nazwać „stanięciem”, bo w istocie był to szybki bieg, a ja zobaczyłem podeszwę swojego prawego buta skierowaną ku sufitowi. Potem już tylko paraliżujący ból, upadek, zamieszanie na sali i gęstniejący wokół mnie tłumek początkowo nieufnie podchodzących do mojego zachowania współgraczy. Nic dziwnego, z oczyma pełnymi łez zwinąłem się w kłębek i nie dałem dotknąć przez kilka dłuższych chwil. Potem wszystko działo się szybko, zdjęcie buta, ogromna i błyskawiczna opuchlizna, ból, który wydawał się nasilać i już byłem w samochodzie – jako pasażer – w drodze do szpitala.

Na urazówce

Po szybkiej rejestracji zostałem skierowany do korytarza wypełnionego krzesłami, gdzie cierpliwie miałem oczekiwać na spotkanie z chirurgiem. Podpierany przez kolegów usiadłem nie wiedząc jeszcze, że ulga w moim cierpieniu nie nadejdzie prędko. Po dłuższym czasie, zlecono mi wykonanie prześwietlenia. Pracownia rentgenowska znajdowała się na piętrze więc po kilkudziesięciu podskokach na zdrowej nodze mogłem oczekiwać konkretnych zaleceń. I tu pierwsza niespodzianka: podczas rutynowej, jak mogło mi się wtedy wydawać, wizyty w gabinecie chirurga kazano mi zaczekać w pokoju obok. Spodziewałem się gipsu, jakiegoś zaświadczenia, recepty i oczekiwanego od wielu godzin pozwolenia na powrót do domu. Stało się jednak inaczej. Do pokoju, w którym czekałem przyszedł młody lekarz ortopeda i przeprowadził ze mną rozmowę. Okazało się, że prowadzi badania kliniczne nowoczesnej metody walki ze zwichnięciem stawu skokowego. Metoda jest ponoć genialna, po dwóch – trzech dniach ból znika, a po tygodniu można znowu chodzić.

Bolesne przejścia

Niewiele myśląc zgodziłem się na terapię, wiedząc od lekarza, że raz na kilkanaście próbek leku zdarza się placebo, że to normalne w testach, że wśród jego pacjentów takiego pecha miał tylko jeden spośród trzydziestu pacjentów. Dostałem dzienniczek bólu, gdzie skrupulatnie miałem go oceniać, dwa razy dziennie w dziesięciostopniowej skali,. Otrzymałem też komplet plastrów. To one były tą nowością. Miałem wszystko robić bardzo dokładnie według szczegółowych zaleceń, notować wszelkie uwagi i spostrzeżenia i przyjść na wizytę kontrolną za tydzień. Niestety po trzech dniach, kolejna strona bólowego dzienniczka nadal była opatrzona wielką dziesiątką. Wtedy zrozumiałem, że coś jest nie tak. Ból był kompletnie nie do zniesienia. Utrudniał życie w każdym możliwym aspekcie. Chodzenie było praktycznie niemożliwe nawet przy pomocy kul, nie mówiąc o kąpielach czy jakiejkolwiek innej aktywności. Poza tym cała stopa przypominała wielkością spory bochen chleba, a kolorem – denaturat.

Przeprosiny ortopedy

Muszę przyznać, że lekarz ortopeda, który namówił mnie na udział w teście leku był szczerze zaskoczony, gdy po tygodniu, na umówionym spotkaniu zobaczył mnie o kulach w asyście pomocników. Wiedział już wtedy, że byłem drugim przypadkiem w jego karierze, który natrafił na „puste” plastry. Nie odbiegały one wyglądem od tych działających więc był to po prostu pech. Mimo to lekarz czuł się winny, że doprowadził do przedłużenia moich cierpień. Serdecznie przepraszał i zaoferował pełny zakres pomocy podczas rehabilitacji. Zanim jednak mogłem do niej w ogóle przystąpić – musiałem się wyleczyć. Dostałem całkowity zakaz jakiegokolwiek poruszania chorą nogą, bo na gips było już za późno. Oprócz tego przyjmowałem ogromne dawki silnych leków przeciwobrzękowych i przeciwbólowych w postaci różnych maści i tabletek. I tak minął kolejny tydzień, podczas którego byłem totalnie pozbawiony możliwości jakiegokolwiek funkcjonowania.

Kolejne zwichnięcia

Po rehabilitacji pod ścisłym kierunkiem obwiniającego się za wszystko ortopedy odzyskałem praktycznie pełną sprawność – może poza niewielkimi różnicami w zasięgu zginania stopy, jednak nijak nie wpływa to na moje życie. Z kolejnymi zwichnięciami, których się nie ustrzegłem poradziłem sobie znacznie lepiej niż z pierwszym. Do kolejnych dwóch także doszło na uczelnianych zajęciach WF, ale jedno z nich dotyczyło tej samej – prawej – stopy, a takie już nie jest tak samo bolesne. Drugie oczywiście bolało bardziej, jednak byłem już przygotowany do poddania się tradycyjnej i właściwej w przypadku takiego urazu opiece. Stwierdzono u mnie nawykowe zwichnięcia stawu skokowego i od tamtej pory skończył się dla mnie obowiązek zaliczania wychowania fizycznego w ramach studiów. Z mojego ówczesnego punktu widzenia była to oczywiście zaleta, jednak patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu, jedno wiem na pewno: ostrożniej podejdę do propozycji nowoczesnych terapii o ile ktoś mi ją kiedyś zaproponuje i z pewnością dokładniej je przedyskutuję z lekarzem.

Ksz,szo