Jerzy Stuhr specjalnie dla Medme.pl o swej walce z chorobą nowotworową


 
W wywiadzie dla Medme.pl prof. Jerzy Stuhr opowiada o swych zmaganiach z guzem przełyku i zasadach którymi kieruje się w życiu

Panie profesorze, jak się Pan czuje?

Psychicznie dobrze, czuję że narasta we mnie energia. A fizycznie, z powodu chemioterapii, muszę być przygotowanym do tego, że co dzień boli coś innego. Ale gdy ból nie jest niespodziewany to łatwiej jest go znieść.

Gdy w młodości miałem rozległy zawał serca to zapamiętałem lęk, który był gorszy od bólu. To jest taki lęk, że choroba cię może zaatakować bez uprzedzenia. W szpitalu pacjenci leżący obok mnie budzili się rano i mówili: „Jak się dobrze czuję”. Za pół godziny któryś z nich nie żył. I to jest straszny lęk.

A w tej chorobie też jest lęk, ale taki cichy. Czy coś się tam wykluwa w człowieku, czy nie? Czy opanują to, czy nie? I z tym trzeba sobie jakoś poradzić. A ponieważ jest to któryś tam cykl chemioterapii, to już wiem, że np. przez 10 dni będzie fatalnie. Wtedy łatwiej jest to znieść, jakoś się człowiek uodparnia.

Zobacz wideo: Czy każdy nowotwór powoduje ból?

Lęk przed nowotworem trzeba zabić

Czy lęk można oswoić?

Kiedyś w „Szalonej lokomotywie” Witkacego mówiłem: „Zabij ten lęk. On się mży jak ćma w noc ciemną”. Moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak oswojenie lęku, bo wtedy się żyje w strasznym stresie.  Lęk trzeba zabić. Zabić, czyli o nim zapomnieć. Tak się czym zająć, takie, jak mówią kardiolodzy, krążenie oboczne wypracować, żebyś zapomniał o lęku. Choćby na godzinę. To wystarczy. Odpoczniesz.

W pokonaniu lęku pomaga też pogodzenie się z przemijaniem. Wtedy nie masz w sobie takiego lęku: „O Boże, to ja mogę już nie żyć”. No to co, że możesz nie żyć? Przecież każdy kiedyś odejdzie w niebyt. A może mi przychodzi odejść już teraz? O... i tak się z tym oswajasz. Fatalne jest to, że w dzisiejszych czasach nie chcemy myśleć o śmierci. Zamiast się z nią oswajać, jak idioci chcemy ją z siebie wyrzucić. A śmierć jest częścią życia.

Dziś rano gościłem wdowę po moim bardzo bliskim przyjacielu. Wspominaliśmy go.  Potem pomyślałem, że nawet już go nie żałujemy, już nie jest nam smutno. Wspominaliśmy piękne, radosne chwile, które z nim spędziliśmy. To jest coś dobrego że mija smutek, a tego człowieka dalej się wspomina, on dalej gdzieś tu jest. Takim bym też chciał po śmierci zostać we wspomnieniach ludzi.

Zobacz: Systematyczna desensytyzacja - czyli jak leczyć fobie?

Co może być punktem oparcia dla człowieka chorego?

Dla mnie takim zewnętrznym punktem oparcia jest moja najbliższa rodzina i przemożna chęć nie sprawienia jej zawodu. Szukam też punktu oparcia w samym sobie. Często myślę co mam do zrobienia. I to nie w odległej przyszłości tylko teraz, dzisiaj, konkretnie. Rano się budzę i planuję. Muszę napisać 4 strony książki, udzielić wywiadu. Robię listę z zadaniami. I jak zrealizuję połowę tych zadań, to już wiem, że nie straciłem dnia. To daje siłę.

Choroba uczy pokory i cierpliwości

Choroba uczy cierpliwości?

Tak, bardzo. No bo co masz zrobić jak ci oznajmią, że dopiero za miesiąc powiedzą, czy coś się zmienia w organizmie? Musisz czekać. Teraz mam taką sytuację – 2 kwietnia zrobią mi tomograf i zobaczą jakiego pochodzenia są zmiany. No to czekam cierpliwie.

Choroba uczy pokory?

I to jak! Leczę się w bardzo dobrych warunkach. Ale tę miskę po obiedzie trzeba zanieść w szeregu na wózek tak jak wszyscy. A na zastrzyk również czekam w kolejce. I jeszcze gorzej mam, bo wszyscy się na mnie gapią – o, to pan też? A co to, nie człowiek jestem?

W wielu ludziach rodzi się bunt przeciwko chorobie, pytają siebie: „Dlaczego ja?”

Nie wolno! Nie wolno tak myśleć, że w telewizji czy w Sejmie wszyscy, psiakrew, zdrowi i pod krawatami, a ja chory jestem. Nie...  W „Zbrodni i karze” Dostojewskiego jest zdanie: „Przyjąć cierpienie”. Czasem trzeba przyjąć cierpienie.

Ja chorobę traktuję jako część mojego życia. Agnieszka Holland napisała mi w liście, że zawsze po chorobie robiłem świetne rzeczy, że jestem o coś bogatszy. Ona bardzo lubiła film „Historie miłosne”, który zrobiłem właśnie po moich sercowych kłopotach, gdy wróciłem do życia.

Zawał serca nauczył pana przyjmować cierpienie?

Coś w tym jest. Byłem młodym człowiekiem, miałem 37 lat i nagle słyszę, że już do pracy nie wrócę. Koniec. Rencista. Pacjenci obok leżą i mówią - panie, to pan ma już przerypane, to my mamy już przerypane... I nie wolno było ci się buntować, bunt to stres i kolejny zawał.

Po diagnozie – walka! Wszystko na bok!

Jednym z najtrudniejszych momentów jest przyjęcie diagnozy...

Diagnozę potraktowałem jako punkt startu. Wszystko na bok! Walka! Zaczynam! Ruszam z tą grą! I od razu, konkretnie – co mam zrobić dziś i jutro?

I pamiętam, że pierwszego dnia pomyślałem – rok... Rok sobie daję do pełnego powrotu. A potem przyszedł czas na refleksję, do czego tak naprawdę chcę wracać. Bo może inaczej zacząć sobie życie układać? Skąd indziej czerpać satysfakcję? A może napisać książkę? O, i od razu konkret – to napiszę dzisiaj tyle a tyle stron.

W czasie leczenia można zaplanować dobre sprawy i odrzucić te ciemne, które - jak podejrzewam - leżały u przyczyn choroby.

Jakie to mogły być przyczyny?

W moim przypadku to mógł być tryb życia, stres, ludzkie i zawodowe powikłania. Nie chciałbym do tych ciemnych stron wracać.

Czy jedną z przyczyn mogło być też palenie tytoniu?

Niemądrze robiłem, bo w młodości byłem palaczem, pod 2 paczki papierosów dziennie podchodziłem. I pamiętam że 2 tygodnie przed zawałem papierosy przestały mi smakować. A jak mi walnęło serce to już potem przez 25 lat nie paliłem.

Wybieraj: Palenie albo zdrowie

Parę lat temu nagle mi cygara zasmakowały, ale paliłem w bardzo niewielkich ilościach. I nie miałem problemu z odstawieniem palenia. A w szpitalu czasem wychodziłem na spacer, mróz jak cholera, a przed drzwiami stoją pacjentki i pacjenci w pidżamach i palą, choć mają raka. Jak na serce leżałem, to w ustępie faceci palili przed operacją. Strasznie silny jest ten nałóg.

Drugim trudnym momentem jest powiadomienie najbliższych o chorobie. Czy można ich jakoś na taką informację stopniowo przygotowywać?

A po co?! Jak się tylko dowiedziałem to od razu zadzwoniłem do żony. Tu nie może być bariery. Inaczej jesteś już tak samotny, że koniec.

Mówiła mi jedna pani doktor że mam wspaniałą żonę, bo przychodzi do mnie i rozmawiamy o chorobie. Zapytałem, cóż w tym dziwnego? Odpowiedziała że do szpitala przychodzą żony które boją się wejść do środka, bo nie wiedzą o czym z chorymi mężami rozmawiać. Fatalne to jest.

Odkrycie choroby i jej leczenie

Jakie objawy choroby pana zaniepokoiły?

Pierwsze sygnały mylnie odczytałem. Ostatni spektakl, który grałem z panią Krystyną Jandą, był tak wyczerpujący dla moich strun głosowych że uznałem, że póki gram, to nic się nie poprawi. Ale przyszły wakacje i nic się nie poprawiło. No więc myliłem się. Jednak też nie mam pewności czy nie chciałem się mylić, czy nie chciałem dopuścić tej gorszej myśli. Bo zawał to coś innego, łup i leżysz jak beczka. A tu objawy mogą być mylące.

Do lekarza jakiej specjalności pan poszedł?

Do laryngologów. A oni powiedzieli – proszę pana, gardło gardłem ale przebadamy pana bardziej kompleksowo, zaglądniemy niżej. Zrobili sondę i po 2 godzinach już wszystko wiedzieli – guz przełyku.

Co było potem? Chemioterapia?

Teraz to chemioterapia łączona z radioterapią. Dobrze dobrana chemia jest skuteczna tylko pojawia się pytanie, ile cykli wytrzyma organizm? U mnie po 3 cyklach chemioterapii powiedzieli – oho, krew jest za słaba na czwarty cykl. Szczęśliwie można było zamienić chemioterapię na radioterapię. Teraz już jestem w ostatniej fazie radioterapii.

Czytaj więcej o chemioterapii

Pan lubi uprawiać sport, ceni pan dobrą włoską kuchnię. Brakuje panu tych przyjemności?

Sport traktuję jako część mojego zawodu, będę do niego stopniowo wracał. A dieta szczęśliwie nie jest taka rygorystyczna. W włoskiej restauracji tak sobie dobiorę dania, że wszystko będzie grało. Można przy okazji odkrywać różne świetne potrawy. Golonki to się już człowiek najadł w życiu a teraz odkrywam kuchnię meksykańską.

Jestem na takiej diecie, która mnie sprowadziła do wagi z czasów studenckich. Przed chorobą ważyłem ponad 30 kg więcej, zgroza. Dopiero teraz mam prawidłową wagę.

Musiał pan też zapewne odstawić alkohol?

Alkohol był u mnie panoptikum na stres i to nie było dobre. W tej chwili nie mam z tym żadnego problemu. Lubię wino a lekarze mi pozwalają wypić kieliszek na czerwone ciałka krwi.

Dostrzegłem że jestem potrzeby ludziom

Mówił pan że dzięki wyrazom poparcia ze strony innych uwierzył pan w sens zawodu aktora i uwierzył w ludzi.

Powiedziałbym inaczej – że uprawiany przez życie zawód odwdzięczył mi się. Bo po brawach schodzisz ze sceny i znów jesteś sam, butelka wody mineralnej przed tobą w garderobie - i cześć.

Teraz doświadczam ilu ludzi bezinteresownie chce mi okazać że mnie lubi, przysyłają mi prezenty... Wczoraj mi dziewczynka przysłała własnoręcznie zrobiony plastykowy breloczek... Mnóstwo jest takich prezentów. Dopiero teraz widzę, że byłem potrzebny ludziom.

Czy to jednak nie jest paradoks, że dopiero choroba pozwoliła panu zrozumieć znaczenie pańskiego zawodu?

Pozwoliła zrozumieć znaczenie zawodu i roli, którą mogę odegrać. Ludzie piszą że to, co usłyszeli ode mnie, bardzo im pomogło. Lekarze piszą, że bardzo wiele dobrego zrobiłem dla ich pacjentów -  „Panie Jerzy, zagrał pan najważniejszą rolę swego życia”. Pewnie ten wywiad będzie dopełnieniem tego, co chcę przekazać innym.

Mówił pan że wydobywał z siebie wszystkie pokłady aktorstwa, żeby nie wyglądać na pacjenta przebywającego na stałe w szpitalu.

Grałem dla siebie samego. Nie chcę się pokazywać, jak ujmował to Gombrowicz, rozmamłanym. Chcę być schludny. Dlaczego jak lekarz do mnie przychodzi ubrany w garnitur to ja mam być w piżamie? Dopiero potem mogę się przebrać w piżamę. Chcę żebyśmy byli wobec siebie równymi partnerami. Dlaczego mam być w papciach? W butach jestem!

Pan jest przewodniczącym Rady Fundacji Krakowskiego Hospicjum dla Dzieci im. Ks. Józefa Tischnera. Czy choroba zmieniała pana spojrzenie na działalność w Fundacji?

Nie. Myślę że działalność mojej żony i moja właśnie nas przygotowywała do choroby. Wie pan, wchodzę na salę a tam wołają: „Panie profesorze niech pan jeszcze chwilę zaczeka, bo dowozimy”. Przywożą dzieci na łóżkach, bo nie mogą wstać. Jedno może tylko na brzuchu leżeć. I tak na mnie patrzy, w pierwszym rzędzie, i prosi: „Niech pan coś powie Shrekiem, osiołkiem”. No i jak im nie powiedzieć osiołkiem?... Oswajałem się z cierpieniem...

Czekam na narodziny wnuczki

Jakie ma pan teraz plany?

Jak 2 kwietnia tomograf pokaże czystość organizmu to lekarze mi powiedzą że widzimy się na badaniu kontrolnym w czerwcu. I wtedy mogę podjąć cykl rehabilitacji, w tenisa zagram, mój dom na wsi zacznie działać pełną parą. A że mam też ciekawą propozycję z Włoch to się zaczną wyjazdy. No i pomalutku do pani Jandy trzeba będzie wracać. Jakby mi się udało fizycznie odbudować, to w czerwcu już byśmy zagrali, po roku przerwy. Czyli rok – tak jak zamierzałem.

Pokonał pan chorobę?

Ojej, nie, nie mówmy tak... Przyszła do mnie moja pani doktor, cała roześmiana. Pytam – co pani doktor taka wesoła dzisiaj? A ona mówi, że skontrolowali pacjenta który miał 4 lata temu taki sam guz przełyku który u mnie był. I kontrola wykazała, że pacjent jest czysty. O nim, po 4 latach, to można powiedzieć, że pokonał chorobę.

W swoich planach zakłada pan też narodziny wnuczki?

No tak! Nawet nie przypuszczałem że tak bardzo będę oczekiwał. Bo już mam jedną wnuczkę, pamiętam jak się rodziła. A jednak strasznie czekam na te narodziny, żeby chociaż popatrzeć na to maleństwo, które urodziło się wtedy kiedy mi było tak ciężko. Czekam na ten moment. Bardzo czekam. A gdyby jeszcze w dniu moich urodzin... Termin jest na 16 kwietnia a ja urodziny mam 18 kwietnia.

Wiara daje siłę i energię

Panie profesorze, co jeszcze panu pomagało w zmaganiu się z chorobą?

Nie zapytał pan o wiarę...

Czym jest dla pana wiara, że jest tak ważna?

Jak to wyrazić... Mam poczucie, że jest transcendentna siła, w której mój los jest zapisany. Moją modlitwą jest refleksja nad tym, czy idę ścieżką tego mojego losu w wyznaczonym mi kierunku. Wiara jest również podziękowaniem za to, że prawidłowo odczytywałem ścieżkę zapisanego losu. Już parę razy miałem nie żyć a żyję... Czyli się nie pomyliłem. Wiara to jest też transcendentna obecność najbliższych, możliwość zwrócenia się do nich, ich towarzyszenie w mojej życiowej drodze.

No, taka jest moja wiara... Pani doktor mi mówi: „Panie Jerzy, wszystko pięknie, tylko że w tej chorobie oprócz woli, wiary, trzeba mieć też szczęście”. Więc znowu się modlisz – czy jeszcze mam szczęście? Bo nie można z taką pychą mówić - mam szczęście! Nic mi nie będzie!. Ej... A może do wczoraj je miałeś? A już dzisiaj go nie masz? Skąd to wiesz? I za każdy dzień tego szczęścia trzeba podziękować.

Bo życie to jest takie pole minowe. Przeszedłeś kawałek? To podziękuj. I zrób następny krok. Jeden. Nie puszczaj się biegiem – jeden krok. To jest wiara.

Wiara jest mi bardzo potrzebna. Pan pytał o chęci, o siły... A jest jeszcze wiara. Facet wierzy – i zdrowieje. Dlatego lekarze są tacy ostrożni w diagnozowaniu, bo kiedyś już kogoś skreślili, a ten nagle nie wiadomo dlaczego zdrowieje. To się troszkę sprawdziło w moim przypadku, bo na początku lekarz mi szczerze powiedział: „To jest na granicy wyleczalności”. Po 3 miesiącach mówi: „Znikło”.

To nie są cuda. To siła i energia. Niech mi wiara da siłę i energię, to dziękuję serdecznie, niczego więcej nie chcę.