Życie po przeszczepie - wywiad z Grzegorzem Perzyńskim

13 lat temu walczył o życie. Przeszedł przeszczep wątroby, otarł się o śmierć. Teraz żyje aktywnie, bierze udział w triathlonach. Chce pomagać innym. Już wkrótce ruszy na portalu medme.pl ze swoim blogiem.

Medme: Przeszedłeś trudną drogę udowadniając, że przeszczep nie tylko ratuje życie, ale pozwala się cieszyć tym życiem. Ile lat jesteś po przeszczepie?

Przeszczep odbył się w sierpniu 2002 roku, czyli właśnie mija 13 lat mojej „hepatologicznej reinkarnacji”.

 

Medme: Jakie były początki Twojej choroby?

Wszystko się zaczęło od zaostrzenia WZW B . Po biopsji okazało się, że jest to jakaś starsza historia, z którą borykał się mój organizm. Przyczyną tego wszystkiego była marskość wątroby, którą oszacowano na co najmniej kilkanaście lat wstecz. Czyli ta niewydolność wątroby miała miejsce już dużo wcześniej niż trafiłem do szpitala, chociaż do chwili zaostrzenia nie czułem żadnych symptomów.

 

Medme: Gdzie odbył się Twój przeszczep?

W Centralnym Szpitalu Klinicznym w Warszawie przy ulicy Banacha.

 

Medme: Długo znajdowałeś się na liście oczekujących na przeszczep?

W moim przypadku nie było typowych procedur, jakie mają miejsce przy przeszczepach. Zazwyczaj odbywa się to według schematu: kwalifikacja do przeszczepu, znalezienie się na liście oczekujących, a dopiero potem oczekiwanie i sam przeszczep. Przebywałem w szpitalu w Gdańsku na oddziale zakaźnym. Moi lekarze rozkładali już ręce, więc prowadząca mnie pani doktor zdecydowała się zgłosić mnie na do przeszczepu na cito (natychmiastowo – przyp. red.) Przetransportowano mnie do Warszawy. Nadal widzę tę starą, jakby rozwalającą się awionetkę na gdańskim lotnisku, która to, miałem wrażenie, nie wyglądała w lepszej formie niż ja wtedy i jakby to ona potrzebowała natychmiastowej pomocy.(uśmiech – przyp. red). Zarówno mi, jak i mojej mamie, powiedziano wtedy, że od razu trafię na stół. Jak się później okazało, droga na ten stół była dość długa i powykręcana. Leżałam najpierw na oddziale na Banacha, gdzie dowiedziałem się po kilku dniach, że najpierw należy się rozprawić z wirusem, więc tym sposobem trafiłem na jakiś czas do szpitala Wolskiego. Potem ponowie wizyta na Banacha. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, mój stan pogarszał się coraz bardziej. Pokonanie wtedy kilku kroków wydawało się ekstremalnym wysiłkiem. W pewnym momencie okazało się nawet, że sięgnięcie po telefon, by odebrać połączenie, było dalece ponad moje siły. I ta nieustająca, dojmująca i wymuszona chęć ciągłego spania.., które bynajmniej nie przynosiło poczucia jakiejkolwiek regeneracji czy zrelaksowania. Ale pomimo takiego stanu, i jeszcze wtedy, w miarę pełnego obrazu sytuacji, że może być naprawdę źle, a co może się wydać teraz mało wiarygodne, do ostatniej chwili świadomego funkcjonowania moich myśli ja po prostu wiedziałem, że z tego wyjdę. To było oczywiście wtedy bardzo irracjonalne oczekiwanie z mojej strony, zważywszy na pogłębiającą się niechęć i odmowę mojego organizmu, by dalej walczyć z przeciwnikiem. Trafiłem na OIOM. I od tego momentu niewiele pamiętam. Potem dowiedziałam się, że nastąpił tzw. zespół wątrobowo-nerkowy. Zostałem poddany dializie. Pewne parametry życiowe były już niemierzalne. I tu właśnie miał nastąpić kres… A jednak udało się – wątroba do przeszczepienia pojawiła się naprawdę w ostatnim momencie, a lekarze i cały zespół operacyjny dokonali prawdziwego majstersztyku, i pewnie do dziś nie wiedzą jak genialnie wykonali swoją robotę zwłaszcza w kontekście jakości mojego obecnego życia po tak morderczej operacji i z takiego beznadziejnego punktu wyjścia. Słowo „dziękuję” wydaję się być tutaj co najmniej lapidarnie banalne. Pewnie trochę zapachnie teraz patosem, ale myślę, że udane zmajstrowanie moje drugiego życia jest dla nich wystarczająco wynagradzające. Jeśli tutaj mogę sobie pozwolić na mała osobistą obserwację, na szczęście, jak się okazuje, siłą człowieka jest jego głowa, w której buzują różne namiętności, jak choćby ta związana z prostą, wydawałoby się, banalną chęcią życia, która pomimo czasami wielu przeszkód, może zapewnić coś bardzo nieprostego i niebanalnego jak właśnie to życie. Usłyszałem potem od kilku lekarzy, że z klinicznego punktu widzenia miałem praktycznie zerowe szanse na powodzenie i kiedy poznali mnie trochę bardziej już po operacji, właściwie nie mieli wątpliwości, że przeżyłem siłą woli dalszego żywota na tym pięknym świecie. Oczywiście tak dokładnie tego niestety nie powiedzieli..:). Po operacji, kiedy już powoli wracałem do żywych, musiałem przejść kolejny labirynt myśli a właściwie wątpliwości o charakterze dość podstawowym i elementarnym, jak teraz będzie wyglądało moje życie, czy będę mógł normalnie się poruszać, co będę mógł jeść, czy będę mógł wrócić do pracy i jak to będzie wyglądać, czy wrócę do jakichkolwiek aktywności? Musiałem sięgać do najgłębszych pokładów mojego optymizmu, bo nigdy nie słyszałem o życiu po przeszczepieniu wątroby, a zwłaszcza o takich ciężkich przypadkach. I gdybym wtedy usłyszał o takim jak ja teraz... Wiedziałem natomiast wiele o losie ludzi po transplantacji nerki, bo i to zdarzyło się w mojej rodzinie, co jest ewenementem myślę nie tylko na skalę polską. Musiałem nauczyć się podnosić z łóżka, wstawać i stać, chodzić choćby kilka metrów bo mój organizm był kompletnie sponiewierany i wyniszczony. Ważyłem niewiele, jak patologicznie wychudzony gimnazjalista bez nawet cienkiej warstwy mięśni. Przychodzili rehabilitanci i muszę przyznać, że wykonaliśmy niezłą robotę. Poza tym, bardzo sympatyczni i profesjonalni. Wiele też mądrego, co pewnie wielu zdziwi choć nie wiedzieć czemu, nauczyłem się od pań z personelu sprzątającego, o czym może kiedyś napisze.

 

Część II wywiadu z Grzegorzem już jutro.

 

Oceń artykuł

(liczba ocen 18)

WASZA OPINIA JEST DLA NAS WAŻNA