Latem łatwiej stracić głowę.
Dosłownie i w przenośni, bo jest duszno, parno, a słońce świeci na nas chyba z każdej możliwej strony.
Ale nie tylko.
W sezonie letnim często dużo szybciej wchodzimy w sytuacje, na które w zwykły wtorek po pracy w październiku pewnie spojrzelibyśmy z większym dystansem.
Pocałunek z nowo poznaną osobą w klubie na imprezie? Brzmi całkiem miło – przecież żyje się raz. Kilka drinków, a potem seks na plaży przy zachodzie słońca z ukochaną? Nie da się chyba wymienić lepiej spędzonego wieczoru.
I jasne – to wszystko jest intensywne, pełne chemii i emocjonalnych wzniesień. Tylko, że właśnie wtedy najłatwiej zapomnieć, że ciało to nie jedyna rzecz, która bierze w tym udział.
Czy w tym wszystkim zostaje jeszcze miejsce na głowę?
Na zabezpieczenie?
Na komfort?
I nie tylko swój?
Lato daje nam takie złudne poczucie, że możemy więcej. Że nie trzeba być tak rozsądnym jak zwykle. Że skoro jesteśmy daleko od domu, od pracy, od szkoły, od codziennych obowiązków, to na chwilę możemy też oddalić się od zasad, które normalnie trzymają nas w ryzach.
Nastolatek na pierwszym samodzielnym wyjeździe z rówieśnikami może chcieć szybciej udowodnić, że jest dorosły.
Babcia, która pojechała na swój pierwszy wyjazd do sanatorium też ma prawo do swobody i flirtu.
Rodzice, którzy pierwszy raz od dawna zostają sami, również mogą zapragnąć przypomnieć sobie, że przecież są nie tylko mamą i tatą. Są też dwojgiem ludzi, którzy za sobą tęsknili i dawniej kochali się bez pamięci.
To ważne, by wiedzieć, że takie sytuacje są zupełnie normalne. Są ludzkie. Po prostu.
I tak – przygodny seks jest okej, seks bez zabezpieczenia, na plaży czy łące też jest okej.
To, kiedy jest nie okej?
Wtedy, gdy na tych wakacjach razem z walizką rozpakowujemy też lekkomyślność. Gdy letni luz miesza nam się z brakiem granic, chemia z zaufaniem, a spontaniczność z decyzją, której tak naprawdę nie mieliśmy czasu przemyśleć.
Medme poleca
Alkohol i seks to bardzo śliski duet
Zacznijmy od alkoholu, bo on jakoś wyjątkowo często kręci się obok seksu.
A w sumie, dlaczego tak jest? Dlaczego po lampce wina albo kilku drinkach nagle łatwiej nam flirtować, dotykać, całować się i wchodzić w sytuacje, na które na trzeźwo może wcale nie zdecydowalibyśmy się tak szybko?
Dlatego, że alkohol daje nam złudne poczucie luzu.
Przez chwilę mniej się wstydzimy, mniej analizujemy, mniej zastanawiamy się nad tym, co ktoś sobie pomyśli. Łatwiej powiedzieć coś odważniejszego. Łatwiej odpisać na wiadomość, której normalnie byśmy nie wysłali. Łatwiej zostać na jeszcze jednego drinka, chociaż przecież mieliśmy już wracać. Szczególnie latem, gdy wszystko wokół i tak zachęca do tego, żeby odpuścić kontrolę.
I w tym wszystkim seks też zaczyna wydawać się prostszy.
Nie jako decyzja, którą trzeba poczuć i przemyśleć, tylko jako naturalny ciąg dalszy wieczoru. Był flirt, był śmiech, była chemia, był pocałunek, więc nagle pojawia się myśl: „czemu nie?”. Tylko że właśnie to „czemu nie?” bywa czasem najgorszym doradcą.
Bo alkohol potrafi przykryć rzeczy, które normalnie byłyby dla nas ważne.
Czy naprawdę tego chcę?
Czy ta osoba mnie szanuje?
Czy dobrze się z tym czuję?
Czy druga osoba też jest pewna?
Czy robię to z ochoty, czy dlatego, że atmosfera już tak daleko zaszła, że głupio się wycofać?
Po alkoholu mózg częściej łapie się tego, co jest najbliżej: dotyku, emocji, napięcia, czyjegoś spojrzenia, muzyki, klimatu. A to, co dalej, czyli
poranek,
stres,
obawa przed zajściem w ciążę,
własny komfort,
schodzi gdzieś na drugi plan.
I nie chodzi o to, że każdy seks po alkoholu od razu jest problemem. Chodzi o to, że alkohol bardzo łatwo zabiera jasność. A w seksie jasność jest ważniejsza niż klimat, miejsce i cała wakacyjna magia razem wzięte. Naprawdę.
Zgoda nie powinna być domysłem.
Nie powinna wynikać z tego, że ktoś się wcześniej całował, flirtował albo został dłużej przy barze.
Nie powinna być efektem presji, zawstydzenia ani myśli: „teraz już głupio się wycofać”.
Seks może być spontaniczny. Może być lekki. Może być wakacyjny. Ale nadal powinien być świadomy.
A co najważniejsze – pamiętaj o tym, że zgodę na seks możesz wycofać zawsze.
Nie tylko na początku. Nie tylko wtedy, gdy jeszcze nic się nie wydarzyło. Nie tylko zanim ktoś zacznie zdejmować ubranie. Zawsze.
Możesz zmienić zdanie w połowie pocałunku, w drodze do hotelowego pokoju, już w łóżku, a nawet wtedy, gdy seks już się zaczął. To, że chwilę wcześniej czegoś chciałaś albo chciałeś, nie oznacza, że musisz chcieć tego dalej.
Czas na „nie” jest zawsze.
I to „nie” nie musi być idealnie uzasadnione. Nie trzeba mieć gotowego wyjaśnienia, przepraszać za swoje ciało, za swój stres, za nagłą zmianę nastroju. Wystarczy, że coś przestaje być dla Ciebie komfortowe.
Seks nie powinien działać jak podpisana umowa, z której nie da się wyjść. Ma być czymś, w czym obie osoby są obecne, świadome i naprawdę chcą w tym być. Jeśli jedna osoba przestaje chcieć — sytuacja powinna się zatrzymać. Bez pretensji, bez nacisku, bez obrażania się.
Dlatego jeśli czujesz, że alkohol zaczyna prowadzić ten wieczór za ciebie, lepiej zwolnić i odstawić kieliszek.
Napij się wody. Wyjdź na chwilę. Wróć do siebie. Seks nie ucieknie tylko dlatego, że dasz sobie moment na oddech.
A jeśli ucieknie — to może wcale nie był taki bezpieczny, jak się wydawało.
Reklama
Seks na plaży naprawdę brzmi lepiej niż wygląda
Często bywa tak, że życie nam powszednieje. To normalne. Powtarzamy przecież te same czynności: śpimy, jemy podobne śniadanie jak wczoraj, chodzimy codziennie do tej samej pracy i wracamy do tego samego domu.
Seks też czasem powszednieje.
I to, co oglądamy w amerykańskich komediach romantycznych z Bradem Pittem w roli głównej, nijak ma się do naszej rzeczywistości. Zwłaszcza kiedy jesteśmy w wieloletnim związku, w kawalerce na trzecim piętrze bez klimatyzacji, a nie w drewnianym domku na plaży z widokiem na zachodzące słońce.
Chcemy czegoś innego. Chcemy więcej, lepiej, dziwniej, odważniej i bardziej spontanicznie.
I możemy. Mamy do tego prawo. Jesteśmy wolni, dopóki nie przekraczamy cudzych granic i przepisów prawa.
Bo przecież seks w namiocie, pod gołym niebem, na plaży albo w samochodzie nie powinien być aż taki zły, prawda?
No i nie jest.
Może być dobry, fajny, miły, ekscytujący. Jeśli tylko mamy na to ochotę, czujemy się bezpiecznie i nikt nie jest do niczego zmuszany — droga wolna!
Ale czy wspominałam już o głowie?

Plaża. Boski klimat. Podniecenie. Słońce delikatnie muska skórę, słychać szum fal, jesteście razem, sami, tu i teraz.
Ale.
Piasek jest wszędzie. Naprawdę wszędzie.
Łąka też może wyglądać pięknie. Ciepłe powietrze, zapach trawy, trochę dzikości, trochę tajemniczości, trochę „raz się żyje”.
Ale.
Kamienie uwierają, trawa kłuje w pośladki, a do tego dochodzą komary, meszki, mrówki i cała reszta małych stworzeń, które też chcą uczestniczyć w tym wieczorze romantycznych uniesień.
Samochód? Też brzmi znajomo. Trochę ciasno, trochę nielegalnie, z lekkim dreszczykiem emocji.
Ale.
Są obtarcia, niewygodne pozycje, siniaki w dziwnych miejscach i mało seksowny strach, że ktoś zaraz podjedzie, zapuka w szybę albo (co gorsze) zaparkuje obok.
Czy warto?
Warto, jeśli ty tak uważasz. Nikt nie powinien mówić ci, które doświadczenia są warte przeżycia, a które nie. Najważniejsze, żeby to była twoja decyzja, a nie presja chwili, pomysł drugiej osoby czy próba udowodnienia czegokolwiek komukolwiek.
Jeśli już się na to zdecydujesz, to warto też pamiętać o kilku rzeczach.
Nawet na spontaniczne wypady dobrze jest się trochę przygotować. I zgoda — wtedy nie będzie to już w stu procentach „na spontanie”. Ale może będzie za to bezpieczniej, wygodniej i mniej boleśnie.
Bo pośladki nie bolą aż tak bardzo, kiedy leżą na ręczniku.
Robaki nie chodzą po ciele, kiedy macie koc.
Łatwiej poczuć się swobodnie, gdy miejsce jest naprawdę prywatne.
Łatwiej czerpać przyjemność, kiedy nie trzeba co trzy sekundy poprawiać pozycji, rozglądać się nerwowo albo udawać, że wcale nie drętwieje ci łokieć.
Seks poza łóżkiem może być super. Może być zabawny, intensywny, inny niż zwykle. Ale nadal powinien być wygodny. Jeśli coś boli, uwiera, drapie, gryzie albo sprawia, że zamiast przyjemności czujesz stres, to naprawdę nie musisz udawać, że klimat i chwila są ważniejsze od twojego komfortu.
Co mieć przy sobie i jak przygotować się na takie sytuacje?
Nie musisz przecież zabierać ze sobą wszędzie walizki wielkości bagażu rejestrowanego, wypchanej trzema koszulkami na zmianę, kanapkami z serem, antyperspirantem i kołdrą 200 × 220.
Ale są takie rzeczy, które mogą się przydać i uratować niejedną „gorącą sytuację”.
Jakie? Ręcznik. Koc. Woda. Suche chusteczki. Mokre chusteczki. Mała reklamówka albo woreczek na śmieci. Coś, czym można się przykryć, otrzepać, wytrzeć dłonie, odgrodzić od piasku, trawy albo ziemi.
Brzmi mało romantycznie? Może i tak. Ale czerwone ślady na nogach od kłujących roślin, wracanie przez pół plaży z piaskiem między pośladkami i zostawianie po sobie śmieci albo zużytych prezerwatyw też z pewnością romantyczne nie jest.
No właśnie.
Prezerwatywy.
Zapomnieliśmy chyba o najważniejszym — o zabezpieczeniu.
Reklama
Jeśli zabezpieczenie psuje nastrój, to może nastrój był średni
Jeśli nie planujesz spontanicznego seksu, zaplanuj chociaż kilka prezerwatyw w torbie.
Wiem, brzmi paradoksalnie. Ale…
Nie zawsze niewinne zaproszenie na drinka skończy się na drinku i pożegnaniu.
Nie zawsze wyjście do kina skończy się na obejrzeniu filmu i popcornie.
Nie zawsze krótka rozmowa w barze skończy się na wymianie numerów.
I dobrze mieć wtedy wybór.
Dlatego prezerwatywa może przydać się nawet wtedy, gdy wcale nie zakładasz seksu.
Nawet wtedy, gdy nie planujesz penetracji.
Nawet wtedy, gdy przyjmujesz antykoncepcję hormonalną.
Nawet wtedy, gdy teoretycznie chcesz dziecka, ale niekoniecznie z osobą poznaną trzy godziny temu.
Nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że „przecież mnie to nie dotyczy”.
Bo może dotyczyć.
Traktuj prezerwatywę nie jako plan. Nie jako zaproszenie. Nie jako obietnicę. Tylko jako możliwość zadbania o siebie, jeśli sytuacja potoczy się inaczej, niż zakładałaś albo zakładałeś jeszcze kilka minut wcześniej...
Prezerwatywa w portfelu albo kosmetyczce nie oznacza, że do czegokolwiek musi dojść. Oznacza tylko, że jeśli dojdzie, nie zaczynasz od paniki, nerwowego liczenia dni w cyklu, zaufania komuś na słowo albo najgorszej metody świata, czyli: „jakoś to będzie”.
I ważne: zabezpieczenie nie dotyczy tylko penetracji.
Seks oralny też jest seksem. Przy nim również można użyć prezerwatywy, a przy kontakcie ust z waginą lub odbytem — specjalnej chusteczki lateksowej, czyli dental dam. To cienka bariera, którą kładzie się między ustami a ciałem drugiej osoby. Rzadko się o niej mówi (zazwyczaj na myśl przychodzi nam właśnie prezerwatywa), ale istnieje i naprawdę może być częścią przyjemnego i bezpiecznego seksu.
Można też zrobić taką barierę z prezerwatywy, jeśli nie ma się gotowej chusteczki. Nie jest to może najbardziej filmowy moment świata, ale umówmy się — filmowe momenty rzadko pokazują późniejsze konsekwencje.
No i pamiętaj: zabezpieczenie nie jest NIEromantyczne.
To podstawa.
Jeśli ktoś mówi ci, że prezerwatywa psuje klimat, że „bez będzie lepiej/wygodniej”, że „przecież nic się nie stanie”, albo robi ci się głupio za to, że pytasz — to może ten seks wcale nie powinien się wydarzyć.
Nie musisz przepraszać za to, że potrzebujesz zabezpieczenia. Nie musisz czuć się głupio, że o nie pytasz. Nie musisz udawać, że jest ci wszystko jedno, tylko dlatego, że druga osoba chce iść na skróty.
Twoje bezpieczeństwo nie jest przeszkodą w seksie.
Jest warunkiem, żeby ten seks naprawdę mógł być dobry.

Przy okazji zabezpieczenia warto wspomnieć jeszcze o lubrykancie.
Latem ciało może mieć swoje humory.
Jest gorąco, jesteśmy spoceni, zmęczeni, po całym dniu na słońcu, czasem odwodnieni, czasem zestresowani. I nawet jeśli głowa bardzo chce, ciało może potrzebować trochę pomocy.
Lubrykant może wtedy zmniejszyć tarcie, dyskomfort, pieczenie czy obtarcia podczas zbliżenia.
Pamiętaj, że użycie lubrykantu to nie jest dowód na brak podniecenia. To nie jest powód do wstydu. To nie jest znak, że „coś nie działa, jak powinno”.
To jest sposób, żeby nie zaciskać zębów i nie udawać, że wszystko jest super, kiedy coś zaczyna boleć.
A seks nie powinien boleć! Ma być miły i przyjemny dla obu osób.
Lubrykant nie odbiera spontaniczności. Ba! Czasem może ją uratować.
Jeśli używacie prezerwatywy, warto też wybrać lubrykant, który będzie do niej odpowiedni. Najprościej sięgnąć po taki na bazie wody albo silikonu. Lepiej nie kombinować z olejkami, balsamami, kremami czy przypadkowymi rzeczami z kosmetyczki, bo to może bardziej zaszkodzić niż pomóc.
Reklama
Wieczorem seks, rano wyrzuty sumienia
W letni wieczór pełen buzujących hormonów, ciepła i świetnej atmosfery łatwo podjąć decyzję szybciej, niż kiedykolwiek byśmy to planowali. Niezależnie od tego, czy jesteśmy z osobą, którą znamy od lat i której ufamy, czy z kimś, kto jeszcze kilka godzin temu był tylko nieznajomą twarzą w restauracji.
Bo to była chwila.
Bo to był idealny moment.
Bo byliśmy rozpaleni.
Bo wszystko wydawało się dobre, proste i oczywiste.
I może naprawdę było cudownie. Może ciało chciało, głowa chciała, a cała sytuacja miała w sobie coś z wakacyjnego filmu, w którym nikt nie myśli o poranku.
Ale poranek przychodzi.
Budzimy się i nagle pojawia się dziwny ścisk w brzuchu albo w gardle. Zaczynamy odtwarzać w głowie wczorajszą noc. Przypominamy sobie swoje słowa, ruchy, decyzje. Widzimy siebie w sytuacjach, w których nigdy wcześniej siebie nie widzieliśmy. Albo w takich, o których myśleliśmy, że się nie zobaczymy.
I wtedy może pojawić się niesmak.
Zawstydzenie.
Chaos.
Czasem nawet coś na granicy obrzydzenia — niekoniecznie do drugiej osoby, ale do samej sytuacji, do własnej decyzji, do tego, że coś wydarzyło się za szybko albo za daleko.
Czy to zawsze oznacza żal?
Nie.
I czy zawsze oznacza, że zrobiliśmy coś złego?
Też nie.
Czasem poranny dyskomfort pojawia się dlatego, że przekroczyliśmy swoje granice. Zgodziliśmy się na coś szybciej niż zwykle. Poszliśmy o krok dalej. Na całość. Daliśmy się ponieść emocjom, chwili, wakacyjnej atmosferze.
Jeśli:
naprawdę tego chcieliśmy,
czuliśmy się bezpiecznie,
druga osoba nas słuchała,
mogliśmy powiedzieć „nie”, „stop”, „wolniej” albo „jednak nie” i wiedzieliśmy, że to zostanie uszanowane,
byliśmy zaopiekowani,
to możliwe, że wszystko było w porządku.
Możliwe, że seks był chciany, świadomy i dobry, tylko rano przyszło coś, co można nazwać kacem moralnym. Taki dziwny, lepki wstyd, który nie zawsze mówi prawdę o tym, co się wydarzyło.
Czasem mówi więcej o tym, czego nas nauczono.
O tym, że „tak nie wypada”. Że „porządni ludzie tak nie robią”. Że seks powinien wyglądać tylko w określony sposób, w określonym miejscu, z określoną osobą i najlepiej jeszcze po określonej liczbie randek.
Tylko że jeśli nikt nikogo nie skrzywdził, nikt nikogo nie naciskał, nikt nie przekroczył czyichś granic, a decyzja była naprawdę twoja — nie musisz karać się za to, że czegoś chciałaś albo chciałeś.
Wstyd po seksie nie zawsze oznacza żal.
Czasem oznacza tylko, że głowa próbuje dogonić ciało. Że emocje opadły. Że wakacyjna odwaga zderzyła się z codziennym myśleniem. Że zrobiłaś albo zrobiłeś coś inaczej niż zwykle i teraz próbujesz zrozumieć, co to właściwie o tobie mówi.
A może nie mówi aż tak dużo?
Może mówi tylko tyle, że jesteś człowiekiem. Że masz pragnienia. Że możesz chcieć seksu, bliskości, przygody, czułości albo czystej fizyczności.
Reklama
Możesz chcieć więcej. Tylko nie mniej siebie
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie o to, żeby bać się lata. Nie o to, żeby odmawiać sobie przyjemności, flirtu, seksu, bliskości, przygody albo tego cudownego uczucia, że przez chwilę jesteśmy lżejsi niż zwykle.
Jesteśmy ludźmi.
Mamy ciało, emocje, potrzeby, fantazje, nudę, ciekawość, tęsknotę za dotykiem i ochotę, żeby czasem zrobić coś inaczej niż zawsze. To normalne. Nie trzeba się tego wstydzić. Nie trzeba udawać, że seks interesuje nas tylko w teorii, po ciemku, po cichu i najlepiej wtedy, gdy wszystko zostało wcześniej zaplanowane co do szczegółu.
Możemy chcieć więcej.
Możemy chcieć inaczej.
Możemy sprawdzać, co jest dla nas dobre, ekscytujące, nowe, trochę odważniejsze niż zwykle.
Ale dobrze jest robić to tak, żeby następnego dnia nadal być po swojej stronie.
Z głową.
Z zabezpieczeniem.
Z jasną zgodą.
Z możliwością powiedzenia „nie”, nawet jeśli chwilę wcześniej było „tak”.
Z uważnością na drugą osobę i na siebie.
Z poczuciem, że nie robimy czegoś tylko dlatego, że jest na to idealny moment, że ktoś naciska, że alkohol dodał odwagi albo że wakacyjna wersja nas chce udowodnić, że potrafi być bardziej spontaniczna.
Bo chwila jest ważna. Nastrój jest ważny. Chemia też jest ważna.
Ale ty jesteś ważniejsza/ważniejszy.
Twoje ciało. Twój komfort. Twoje bezpieczeństwo. I to wspomnienie, z którym wrócisz do domu, gdy rozpakujesz walizkę, wrzucisz ręcznik do prania, kiedy opalenizna zacznie schodzić, a wakacyjna aura ustąpi miejsca pracy, zakupom, budzikowi i codziennym obowiązkom i zostaniesz sam na sam.
Seks latem może być piękny. Może być zabawny, dziki, czuły, spontaniczny, romantyczny albo zupełnie niepodobny do tego, co robimy na co dzień.
I nie ma w tym nic złego.
Dobrze tylko, żeby był naprawdę nasz. Chciany. Bezpieczny. Bez presji. Bez udawania, że coś nam pasuje, kiedy ciało mówi coś zupełnie innego.
Bo w wakacyjnej przygodzie można stracić głowę. Ale nie warto gubić siebie.